niedziela, 28 czerwca 2015

Dni Fantastyki we Wrocławiu

Kolejna edycja Dni Fantastyki przed nami. Podobnie jak w poprzednim roku wszystkich chętnych zapraszam serdecznie na moje dwie skromne prelekcje.



1. Sobota, 18:00
Al Capone - najgroźniejszy bandyta świata?

2. Niedziela, 13:00
Szaleni naukowcy pomiędzy fikcją a rzeczywistością




Prelekcja o Alu Capone debiutancka, temat jest niezwykle rozległy i mam nadzieję, że uda się zmieścić w niepełnej godzinie. Wszystkie zagadnienia z tej prelekcji będę skrzętnie publikował na blogu.

Do zobaczenia!

sobota, 6 czerwca 2015

Westernowy plagiat na Karaibach

Nadrabiając ważny element (pop)kultury, jakim w latach 80. było Miami Vice zauważyłem pewną rzecz, która nie dała mi spokoju. Sposób przedstawienia postaci, ich związki między sobą i akcja odcinka ciągle coś mi przypominały. Nawet samo użycie głównego motywu muzycznego chodziło mi po głowie. Ale w końcu mnie olśniło. Odcinek The Afternoon Plane to żywcem wyjęta fabuła z genialnego westernu High Noon z 1952 roku. Plagiat czy inspiracja?

Ricardo Tubbs, jeden z dwójki głównych bohaterów, na co dzień detektyw policji w Miami wygrywa los na loterii, który gwarantuje mu upojny weekend na jednej z karaibskich wysepek. Leci tam wraz ze swoją dziewczyną, Alicią. Na miejscu okazuje się, że urocza wysepka jest wymierającym miasteczkiem, w którym władzę trzyma Calderone, kuzyn śmiertelnego, martwego już wroga Tubbsa. Próbują uciec z wyspy, ale nikt nie chce z nimi współpracować. Samolot przyjeżdża tylko raz na dobę, a najbliższym leci sam Calderone. Tubbs zmęczony ciągłym uciekaniem postanawia stawić czoła swojego wrogowi. Chce, by Alicia poleciała do Miami pierwszym samolotem. Po krótkiej rozmowie ta z niechęcią przystaje.

Finalny pojedynek
I teraz zaczyna się najlepsza część! Tubbs próbuje znaleźć sojuszników do walki z Calderone, ale nikt nie chce nadstawić za niego karku. Próbuje w kościele, próbuje w marinie - wszystko na próżno. Jedyną osobą, która chce mu pomóc jest... zastępca lokalnego szeryfa, niezbyt rozgarnięty chłopak, który szybko, podczas pierwszej konfrontacji, umiera.
Tubbs zdobywa broń. Za chwilę nastąpi konfrontacja. Kamera pokazuje kilka martwych planów i równie martwych twarzy, zastygłych w skupieniu. Napięcie rośnie do granic możliwości, a wtedy...

Tego jeszcze nie było
Brzmi znajomo? Dość mocna inspiracja filmem High Noon sprawiła, że dostałem mocnego dysonansu poznawczego. Z ciekawości przejrzałem sobie stary western i zgadzała się nie tylko linia fabularna, ale też reakcje postaci, chociażby w momencie, gdy Alicia, słysząc pierwszy strzał, wybiega, by pomóc Tubbsowi. Nawet użycie motywu muzycznego w określony sposób się zgadzało. Niepokojące.

Podobieństw jest więcej - ale te raczej są humorystyczne. Gary Cooper, odtwórca głównej roli w High Noon miał podczas kręcenia bardzo umęczony wyraz twarzy ze względów czysto pozafilmowych - cierpiał na chorobę wrzodową. Tubbsowi też udało się uzyskać ten wyraz twarzy, a to dlatego, że wykonując brawurowy skok z balkonu upadł niefortunnie na nogę, która zaczęła go boleć.

Will Kane i Ricardo Tubbs szukają pomocy w kościele. Bezskutecznie.




Uderzające podobieństwo
Pomijając fakt tego, że reprodukcja sama w sobie jest słaba, to takie praktyki zasługują raczej na naganę, niż pochwałę. Oczywiście, ponowne sportretowanie historii High Noon jest oddaniem hołdu westernom, uwiecznieniem motywów, bla, bla, bla. Powinniśmy się zastanowić, czy tak w istocie jest? I czy prowadzi to do czegokolwiek?

Bo mnie na przykład zaprowadziło do pewnego pytania. Gdzie przebiega granica między swobodną, artystyczną interpretacją danego motywu, inspiracją, a plagiatem? Dlaczego twórca filmowy, który z dbałością o szczegóły przerabia stary western na jeden z odcinków o gliniarzach może być nazwany zręcznym twórcą, a pisarz, który bierze na warsztat jakiegoś mniej lub bardziej zapomnianego klasyka, jak np. Luna to surowa pani i umieszcza akcję utworu sto pięćdziesiąt lat później jest już plagiatorem?

Chyba się już nie dowiemy.

sobota, 23 maja 2015

Hitler ma tylko jedno jajo, czyli historia pewnego marszu

Co łączy ze sobą brytyjskie oddziały maszerujące pod Passchendaele*, polskie pieśni antywojenne oraz film Most na rzeve Kwai z 1957 roku? Poza ogólnym wydźwiękiem militarnym jest to muzyka. Charakterystyczne, zapadające w pamięć nuty, które rozpoczynają jedną z najsławniejszych i najbardziej rozpoznawalnych kompozycji marszowych – Colonel Bogey March.


Rytm golfa
Historia tego utworu sięga 1914 roku. Porucznik Ricketts, znany pod pseudonimem Kenneth J. Alford, brytyjski kompozytor i kapelmistrz usłyszał od brytyjskiego żołnierza dwie nuty, które ten często wygwizdywał. Ricketts podszedł wtedy do niego i po krótkiej rozmowie okazało się, że ten jest zapalonym golfistą i zamiast standardowych słów „Fore!”, które mówi się do wszystkich znajdujących się na polu golfowym, by ostrzec ich przed zamiarem uderzenia piłeczki, zwykł gwizdać właśnie te dwie nuty. A że zwyczaj ten miał we krwi, nie przestał nawet wtedy, gdy poszedł do wojska.

Porucznik Ricketts nie zastanawiał się długo i ze względu na fakt, że w tamtym okresie taka aktywność byłą zabroniona, nagrał i opublikował pod pseudonimem Kenneth J. Alford marsz, który już niedługo miał stać się jedną z najbardziej rozpoznawalnych melodii świata.

 
 
Porucznik nie zapomniał o przypadkowym golfiście, który go natchnął. Tytułowy Colonel Bogey, czyli po naszemu porucznik, swoją nazwę wziął od określenia „bogey”, oznaczającego w ówczesnym systemie golfa ustandaryzowaną liczbę uderzeń potrzebną, by piłeczka golfowa znalazła się w dołku


 Sława, pieniądze… Hitler
Popularność marszu rosła z dnia na dzień, a nagrania rozchodziły się w milionach kopii. Podobnie jak w przypadku Mazurka Dąbrowskiego, którego popularność i chwytliwość zaowocowała stworzeniem hymnu Jugosławii, tak i melodia Pułkownika Bogeya została adaptowana wiele razy. Jednym z pierwszych takich przykładów jest piosenka napisana w 1939 na usługi wydziału brytyjskiej propagandy.

Hitler has only got one ball, (Hitler ma tylko jedno jajo)
Göring has two but very small, (Goering ma dwa, ale malutkie)
Himmler has something sim'lar, (Himmler ma coś podobnego)
But poor old Goebbels has no balls at all. (Lecz stary Goebbels nie ma ich wcale) 
W Internecie nie ma dostępnego nagrania z epoki, bo była to piosenka, której popularność nie polegała na jednym nagraniu, leż ciągłym nuceniu jej przez samych żołnierzy. Poniżej jedna z niewielu zjadliwych wersji znajdujących się na youtube.


Bezpośrednio uderzająca w Niemców początkowo odnosiła się do Goeringa, nie Hitlera i nawiązywała do puczu monachijskiego. Słowo „balls” w rozumieniu nie tylko męskich jąder, ale także siły ducha, odwagi i hartu w tym znaczeniu weszło do użycia około roku 1920.

Niech żyje wojna!
Nawiązań można doszukiwać się także na polskim gruncie. Melodia była wykorzystana przez słynnego barda z Czernichowa, pisarza, działacza społecznego, który nagrał utwór Niech żyje wojna. Zaadaptowanie tej konkretnej melodii miało wydźwięk ironiczny, bowiem tekst ma ostry, antywojenny wydźwięk.

Madness! Madness!
Ostatnim tak szerokim użyciem melodii Rickettsa był świetny film Most na rzece Kwai z 1957 roku, do którego muzykę napisał Malcolm Arnold – kontrowersyjny kompozytor, który w późniejszych latach swojego życia znany był z bycia wyjątkowo nieprzyjemnym, ciągle pijanym gościem. Swój utwór, wykorzystany w filmie opowiadającym o problemach z budową tytułowego mostu nad rzeką Kwai przez brytyjskich żołnierzy ujętych przez Japończyków. W swojej postaci nawiązywał do pochodzenia marszu, w większej części jest bowiem gwizdany.



Od tamtej pory Colonel Bogey March stał się niezwykle wdzięcznym elementem popkultury i występował w wielu jej tekstach. Powyższa, gwizdana wersja została użyta w 2014 roku w trailerze Niezniszczalnych 3, czyli superprodukcji Sylvestra Stallone’a, której dzieje opisywałem na blogu Coś na Progu.


Wspominam o Niezniszczalnych dlatego, że mam dla nich specjalne w liście filmów, które oglądam przynajmniej raz do roku, z natury rzeczy musiałem pominąć cała rzeszę gamę innych tekstów kultury, w których melodia pułkownika Bogeya istnieje. Jeżeli macie swoje typy, dodawajcie je w komentarzu.

Pamiętajcie - za każdym razem, gdy nucicie te charakterystyczne nuty, jednemu brytyjskiemu żołnierzowi raduje się serduszko.



*To tylko figura stylistyczna. Nie wiadomo, czy ktoś grał marsz w bitwie.

niedziela, 3 maja 2015

[Szaleni Naukowcy #4] 19-letni profesor-okultysta z renesansu - John Dee

Naukowiec, matematyk, dyplomata, nadworny mag, okultysta, wróżbita, astrolog, badacz wiedzy tajemnej o długiej, gęstej, siwej brodzie, z nosem zatkniętym w książkach, głowie pełnej wielkich idei i sercu, które kazało mu gnać w pędzie do wiedzy. Jeden z najbardziej wykształconych ludzi swojej epoki, który poświęcił się badaniom szarlatańskich sztuczek – magii i astrologii. Jaki był tego skutek? Zapraszam do lektury krótkiej historii Johna Dee, nadwornego angielskiego arcymaga.

Mechaniczny skarabeusz

Genialny Anglik urodził się w 1527 roku w rodzinie dworzan. Pierwsze kroki na ścieżce edukacji odbiły się dużym echem. Jego niezwykłe umiejętności zostały dostrzeżone i odpowiednio pielęgnowane. Pierwszy raz nazwano go magikiem po tym, jak przygotował efekty specjalne na potrzeby sztuki Pokój Arystofanesa – wpuścił na scenę mechanicznego skarabeusza, który sprawił, że wszystkim opadły szczęki aż do samej podłogi. Podobnie było z notablami. Ci postanowili go wynagrodzić.

Mając zaledwie 19 lat został jednym z założycieli Trinity College, uczelni, która do dzisiaj cieszy się opinią jednej z najlepszych na świecie. Wtedy też zakończył formalny proces edukacji wyższej, który nie miał dla niego nic więcej do zaoferowania i wzorem sławnych uczonych powziął wędrówkę po całej Europie. Zaprzyjaźnił się z największymi tytanami nauki swojego czasu – prekursorem nowoczesnej kartografii – Merkatorem, a także wybitnym matematykiem Cardano, z którym chciał stworzyć… perpetuum mobile.

Wtedy też objawiła się niezwykła przypadłość Johna Dee. Mimo że nie był zabobonny, zaczął interesować się naukami tajemnymi. Był młody, niezwykle pojętny i chłonny wiedzy. Lata mijały, a John Dee specjalizował się w coraz większej ilości dziedzin. Nie było uniwersytetów, które mogłyby mu cokolwiek zaoferować. Dlatego też w końcu zagłębił się w to, co nieprzeniknione, nieodgadnione a zarazem nieuchwytne. I przez to narobił sobie kłopotów.

Przeczytaj także: Kto wynalazł kamizelkę kuloodporną? Polak, Jan Szczepanik

       Wróżbita Janek

Już po przyjeździe do Anglii został aresztowany przez rycerzy Marii I Tudor, którzy znaleźli u niego horoskopy, jakie sporządził dla niej i Elżbiety, jej siostry. Co prawda odwoływanie się do sztuk tajemnych w nauce było wtedy na porządku dziennym i nikogo to nie dziwiło, sprawa okazała się poważniejsza. Zaczęło robić się gorąco, bo postawiono mu zarzuty o zdradę. Na szczęście John Dee obdarzony był złotym językiem i udało mu się wyjść z tego obronną ręką. Jak się później okaże, wstawiła się za nim jeszcze jedna osoba…

Po tym incydencie zaczął rozsądniej podchodzić do zagadnień tajemnych. Zajął się kolekcjonowaniem ksiąg. Chciał założyć bibliotekę z prawdziwego zdarzenia i z taką propozycją udał się do królowej Marii. Ta jednak nie była tym specjalnie zainteresowana. John Dee postanowił więc działać na własną rękę i rzeczoną bibliotekę umieścił w swoim własnym domu. Przez późniejsze lata swojego życia ciągle podejmował znojny trud odnajdywania, kupna i transportu woluminów do Anglii. Opłaciło mu się. Jego kolekcja szybko stała się największą w całej Anglii, co przyciągało do jego domostwa wielu znakomitych uczonych. 

       Ja tutaj tylko doradzam!

Trzy lata po procesie naukowca królowa Maria zmarła, a na tron wskoczyła jej siostra, Elżbieta. Okazało się wtedy, że Johna Dee przed więzieniem ocaliły nie tylko zdolności krasomówcze, ale także ukryte zamiłowania nowej królowej, dzięki której praktycznie uniknął więzienia. Młoda Elżbieta pasjonowała się okultyzmem i astrologią, a naturalną tego konsekwencją był fakt, że wraz z Johnem Dee stali się nierozłączni. Służył jej wiernie, za co dostał nieformalny tytuł doradcy księżniczki Elżbiety, a także stanął na czele komórki organizującej ekspansje Wielkiej Brytanii. Zaufanie Eli było jeszcze większe – poleciła wyznaczyć Johnowi termin jej koronacji! Oczywiście – w oparciu o gwiazdy. I może to w tym tkwiła tajemnica jej rządów – Elżbieta królowała Anglii przez 45 lat, dłużej, niż całe życie jej starszej siostry.

Szaleństwo na punkcie sztuk tajemnych nie było tylko powodowane ambicjami samego Dee, ale także swoje piętno odcisnęła znajomość z niejakim Kelleyem, który szybko stał się jego pomocnikiem. Ten naprawdę nazywał się Edward Talbott i w odróżnieniu od swojego mistrza był zwykłym oszustem i szarlatanem, który pod wiecznie naciągniętą czapką skrywał swoją największą hańbę – blizny po obciętych przez kata uszach. Była to kara za sfałszowanie dokumentów notarialnych. W czasie podróży z Johnem Dee wielokrotnie wciskał najbardziej wierutny kit wszystkim tym, którzy za pieniądze przyszli radzić się w tajemnych sprawach. Oszukiwał też swojego mistrza, czemu ten bezwiednie się przyglądał. 

      Duchy widzę, duchy!

Nic dziwnego więc, że John powoli odpływał. W 1564 roku napisał biblię okultystów – Monadę hieroglificzną, w której zawarł całą skarbnicę symboli matematycznych, kabalistycznych, magicznych czy astrologicznych. Później nadszedł czas na zaprezentowanie kryształowej kuli, która miała ukazywać wizje. Podróżował z nią po całej Europie, dając liczne pokazy. Jeden taki odbywał się w Polsce. John Dee poznał tam polskiego magnata, Olbrachta Łaskiego, którego przekonał, że umie rozmawiać z „archaniołami, aniołami i innymi duchami”. Ten był tak zafascynowany, że po europejskim tournée ‘Imperium Hiszpańskie – Rzeczpospolita Obojga Narodów z Johnem Dee’ postanowił sam pojechać do Anglii i skorzystać z usług wybitnego uczonego.

      URIELU, nie rób wiochy!

Dzisiaj w British Museum
Zadał mu wtedy trzy pytania – dwa o swoją przyszłość, a jedno o dalsze losy Stefana Batorego. John Dee wytrwale czekał na odpowiedź od anioła Uriela, ale ten chyba nie był w nastroju do przesłuchania, bo, jak twierdził sam zainteresowany Uriel, spłoszyła go Jane Dee, żona naukowca, która… wołała na obiad. Druga próba była bardziej owocna. John Dee przepowiedział przyszłość Łaskiemu i nic dziwnego, gdy okazało się, że Łaski miał stać się panem i władcą wszystkich okolicznych terenów. Magnat zapalił się do tego pomysłu i z radością rozpoczął proces importowania Johna Dee wraz z kompanem do Polski.

Ich domem po tym, jak opuścili Anglię, stał się Kraków. Podróżowali razem po Europie, ale to było pasmo klęsk. Największy blamaż ponieśli na terenie dzisiejszych Czech. Angielski magiczny sztukmistrz ogłosił wszem i wobec, że odnalazł recepturę przemieniania metalu w złoto, czym zaimponował Rudolfowi II. Ten zaprosił go do Pragi, ale ku zdziwieniu wszystkich seans się nie powiódł. (Słabo! Widocznie nie miał takiego talentu jak jego uczeń, Polak, Michał Sędziwój…)
John Dee okrył się hańbą i wrócił do Anglii. Sam, bo szarlatan Kelley oddał się hulaszczemu trybowi życia i został wzięty w niewolę, gdzie popełnił samobójstwo.

      Profesorska emerytura? Nic z tych rzeczy

Naukowca nie witano brawami. Nie było kwiatów, chleba ani soli, nie było także ojca, który przyjąłby syna marnotrawnego. Był za to zniszczony dom i rozgrabiona biblioteka. Cały dorobek jego życia został zniszczony. Na dodatek okazało się, że Anglia schyłku XVI wieku nie patrzyła już przychylnie na okultyzm. John Dee miał zrujnowaną reputację w ośrodkach akademickich, opuściła go rodzina i nie posiadał środków na utrzymanie. Kiedy już był bliski załamania, szczęście się do niego uśmiechnęło. Pomocną dłoń wyciągnęła do niego stara przyjaciółka – królowa Elżbieta, która otoczyła go opieką. Nie trwało to jednak długo. Po jej śmierci tron przejął Jakub I Stuart, który zupełnie nie interesował się tym, co miał do zaoferowania magik John Dee.

Wyproszony z królewskiego dworu zamieszkał wraz z córką, Katarzyną. W dniu śmierci miał 82 lata. Geniusz, ekscentryk, człowiek, który w imię nauki poświęcił wszystko, co tylko posiadał. Dzisiaj John Dee znany jest z dwóch rzeczy: ukucia terminu „Imperium Brytyjskie” i bycia autorem książek okultystycznych, mekki wszystkich wielbicieli pseudonauki. Mimo tych niechlubnych, czarnoksięskich epizodów należy oddać mu należne honory. Bo któż może wiedzieć, w którym miejscu znajdowałaby się dzisiejsza nauka, gdyby nie wpadł w sidła tajemnych, szarlatańskich sztuk?

Paweł Iwanina

czwartek, 30 kwietnia 2015

[PODCAST #2] O tym, jak Ford ciułał forsę - Człowiek, który zabił Liberty Valance'a (1962)

Mocny, męski, trzymający w napięciu. Człowiek, który zabił Libert Valance'a to jedno z najlepszych dzieł Johna Forda, mistrza gatunku. Po premierze wielu mu gratulowało, z wyjątkiem ekipy filmowej, która miała go serdecznie dość. Ford na planie był cholernie nieznośny - śmiał się i szydził z Wayne'a, podburzał tłum i przekręcał słowa Jamesa Stewarta.


Człowiek, który zabił Liberty Valance'a ma także jeden z fajniejszych motywów przewodnich. Linkuję na dole!

Jak zawsze pełen ciekawostek podcast Dziwny Dziki Zachód - do posłuchania już dzisiaj :-)







Motyw przewodni - jeden z moich top 10


Świetny Lee Marvin - zanim stał się "czarnym charakterem Hollywoodu"


Prawnik, który nie tykał broni i szeryf Wayne

piątek, 17 października 2014

Rodzina CNP

Cześć! Od niedawna rodzina CNP powiększyła się o kolejnego uroczego potomka, nazwanego Coś na Progu: Złota Era Komiksu. Z tej okazji warto podsumować, co takiego się u nas dzieje. A dzieje się dużo!

Podcasty

Wspólnie z Łukaszem Śmiglem uruchomiliśmy projekt podcastów, w których przypominamy pulpowe i weirdowe cuda - ja zajmuję się moim konikiem, westernami (zdziwilibyście się, jakie potrafią być ciekawe!), a Łukasz komiksami i filmami, z których niektóre zdążyły się już przykurzyć. Chcemy odrestaurować stare i zapomniane historie i opowiedzieć je w taki sposób, by znów stały się atrakcyjne i mogły bawić czytelnika. Raz w miesiącu nasze podcasty oraz wiele dodatkowych materiałów będą pojawiały się w formie jednej 2h audycji pod nazwą "Coś na Progu" PODCAST, do posłuchania na blogu i oficjalnej stronie magazynu.

Ja publikuję tutaj: Soundcloud Iwanina, a Łukasz Śmigiel tutaj: Soundcloud Śmigiel. Zapraszam!

Coś na Progu #10

Tak, jak wspominałem w poprzednim wpisie, #10 już na horyzoncie. Mieliśmy dużo problemów - związanych z nowym wydawcą, z problemami redakcyjnymi, aż wreszcie zdecydowaliśmy się zrobić to zupełnie inaczej. Wypuścić darmową wersję. Zupełnie darmową wersję, w całości do pobrania z internetu. Ba - jest ona nawet odrobinę wzbogacona względem swojego przyszłego papierowego odpowiednika. Miodzio!
Okładka #10 - K. Krzysztofowicz

Coś na Progu #11

Od momentu, gdy wydamy #10, żadnych przerw i opóźnień! Ruszamy pełną parą, rozgrzewamy silnik i wpadamy z hukiem na stację Profesjonalizmville, przejeżdżając przez Rzetelnośćwood. Numer jedenasty poświęcony będzie pulpowym duetom, wśród nich znajdą się dwa moje artykuły o dwóch tekstach kultury, które kocham niepodzielną miłością - Miami Vice oraz Facetach w czerni. Zacieram ręce, bo nie odpuszczę, jeżeli nie będą zrobione cudownie!
Okładka #11 - D. Grzeszkiewicz

Złota Era Komiksu

- Hej, Śmiglu. 
- No?
- Mam pomysł na komiks. Zróbmy coś, czego nie robi nikt inny. Jak wszyscy wiemy, srebrna era jest nudna pod zbytnią cenzurą. To może sięgniemy głębiej? Może Złota Era?
- Brzmi nieźle. 

Pomysł narodził się w najmniej oczekiwanym momencie - podczas jednego z nagrań w studiu, kiedy organizm woła o przerwę po przeczytaniu kilkunastu szpalt tekstu. Czyli dokładnie wtedy, kiedy do do głowy przychodzi albo coś bardzo głupiego, albo - jak w tym przypadku - ciekawego. I, jak się potem okazało, możliwego do wykonania! Zostałem więc opiekunem projektu i mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu.
Pierwszy numer poświęcony będzie horrorowi - postaramy się zawrzeć na 52 stronach to, co w gatunku najlepsze, a także zaprezentować kilka nieznanych dzieł autorów, których fani komiksu znają i kochają. Złota Era kierowana jest nie tylko do komikowych wyjadaczy, ale także do tych, którzy mają do nich podejście mocno protekcjonalne. Nie będą to bowiem łyse plansze - tego byśmy nie wypuścili! Będzie publicystyka, będą wywiady i eseje autorów sprzed lat, a także artykuły, które ukazywały się w prasie tamtych lat. 
Premiera w pierwszych dniach listopada :-)

Biblioteka Coś na Progu

W nowym numerze "Biblioteki" pokłonimy się wielkiemu Fu Manchu, czyli klasycznie pulpowej postaci stworzonej przez Saxa Rohmera. Premiera - przełom 2014/2015.

 

\Wszystkie pytania dotyczące dowolnego produktu z rodziny "Coś na Progu" można podsyłać na adres redakcji: cosnaprogu@gmail.com

wtorek, 14 października 2014

[Szaleni Naukowcy #3] To nie magia, to Szczepanik!

Jego wynalazek uratował życie króla Hiszpanii, Alfonsa XIII. Genialny umysł, tytan pracy, wynalazca, wizjoner, nazywany często polskim Edisonem*, Da Vinci z Galicji, galicyjskim geniuszem, a przy okazji szeroko znany na świecie – bohater dwóch opowiadań Marka Twaina. Kim był ten wspaniały, lecz dziś już zupełnie zapomniany, polski naukowiec?

Jasło. Koniec XIX wieku. Grupka zdziwionych dzieci wgapia swój wzrok w tego dziwnego nauczyciela, który już od kilku minut stoi do nich plecami i zapisuje całą tablicę, kawałek po kawałku, mrucząc coś niezrozumiale do siebie. Wymieniają między sobą urywane szepty i wiercą się nerwowo na krzesłach. Szczepanik znowu pogrążył się w myślach, a lekcja leci. No nic, jeszcze tylko kilka minut do końca.

Jan Szczepanik to zdecydowanie najbardziej utalentowany polski wynalazca i naukowiec. Urodzony w Rudnikach, lecz do aż po kraniec życia pałał niewymowną miłością do Tarnowa, gdzie osiedliłsię ze swoją ukochaną żoną, Wandą. W szkole stał się tym uczniem, którego nauczyciele określają mianem „zdolny, ale leniwy” – i jakże się mylą! Szczepanik był gigantem z fizyki i matematyki, ale szkoły nie ukończył, bo odstawał w grece. Przedarł się jednak wytrwale przez stopnie edukacji i zaszedł tak daleko, że został nauczycielem. To właśnie tam po raz pierwszy objawiły się jego ciągotki twórcze. Wzorem ludzi wybitnie inteligentnych, potrafił dumać przez połowę lekcji przy tablicy, zupełnie zapominając, gdzie się znajduje. Zwrócony tyłem do uczniów planował i wymyślał. I w końcu wymyślił.

Lecz dopiero w Krakowie pozyskał niezbędne fundusze. Zrobił z nich dobry użytek – usprawnił pracę tysiącom tkaczy na całym świecie. Do produkcji gobelinów i dywanów ze skomplikowanymi wzorami potrzebowano bowiem patronów – specjalnych wzorów, dzięki którym wiadomo było, że trzeba przewlec dwa razy przez tę, a trzy razy przez tamtą dziurę. Wcześniej robiono to manualnie – ale to była pestka dla Szczepanika. Dzięki jego wynalazkowi, można było przenosić obrazek prosto na patron – wystarczyło kilka przesunięć wajchy, mały błysk i już! Ale to było za mało dla Szczepanika. Jego elektromagnesy zaczęły wykonywać całą tkacką pracę za ludzi. Ci musieli tylko nadzorować cały proces. Praca, która zajmowała miesiąc, zrobiona w godzinę. To nie magia, to Szczepanik!

Przeczytaj także: Największe jaja średniowiecznej nauki - Michał Sędziwój

W tym czasie też przyjechał do niego Mark Twain. Chciał kupić patenty Polaka na maszynę tkacką, ale ten się nie zgodził. Szczepanik obdarował go jednak dywanem. Jak wiadomo, nie musiał na niego długo czekać. Twain jednak był kontent na tyle, że poświęcił mu kilka szpalt, dzięki czemu i za oceanem usłyszano o Szczepaniku.

Mógł się poświęcić tkactwu i żyć dostatnie aż do końca swoich dni. Ale wtedy nie nazywałby się Szczepanik! W czasach, gdy Marconi, uważany dziś za wynalazcę radia, majstrował przy swoich falach i cieszył się, gdy mógł sobie swobodnie powymieniać słowa euforii na odległość, Szczepanik nie zawracał sobie głowy takimi drobnostkami. Bo i po co tylko rozmawiać, skoro można podziwiać obrazy? Tak, Szczepanik wymyślił telewizję. W zasadzie wszystko, co dzisiaj rozumiemy przez telewizję – obraz miał dźwięk i był, uwaga – k o l o r o w y. Wynalazek, nazwany  jednak był zbyt skomplikowany w obsłudze, kosztowny i jak na tamte lata, nieprzydatny. Biorąc pod uwagę, że pierwsza transmisja TV była dopiero 30 lat później, robi to wrażenie. To nie magia, to Szczepanik!

Kilka lat później Wiedeń obiegła szokująca informacja, przekazywana z ust do ust, na których kwitł sardoniczny, pełen ironii uśmiech. Że niby ten szalony Szczepanik wymyślił materiał, który zatrzymuje kule? Bzdura! A słyszeliście, że chce strzelić w swojego służącego, by to udowodnić? Nie rozśmieszaj mnie! Ale, co mi tam, pójdę – na pewno będzie ciekawie!

I jakie było zdziwienie, gdy to wszystko okazało się prawdą! Szczepanik był twórcą jednej z pierwszych kamizelek kuloodpornych. Wypróbował ją w Wiedniu. Tam właśnie klatka piersiowa jego służącego przetrwała wystrzał z rewolweru z odległości trzech kroków. Ważyła zaledwie 900 gram! Najlepsze miało jednak nadejść.

Przenieśmy się zatem trochę na zachód, do Hiszpanii. Niestabilnej politycznie, podzielonej Hiszpanii. Szesnastoletni, świeżo upieczony król, Alfons XIII jechał powozem przez Madryt i wyglądał ukradkiem na tłum, którego jedna połowa go uwielbiała, a druga chciała się go pozbyć wszelkim kosztem. W pewnej chwili wszyscy, jak jeden mąż, zamarli. Usłyszeli bowiem huk wystrzału i zobaczyli eksplozję, która targnęła powozem króla. W panice rozpierzchli się na wszystkie strony, lecz jakie musiało być ich zdziwienie, gdy król wyszedł o własnych siłach, i to jeszcze niedraśnięty! A wszystko to za sprawą Da Vinci z Galicji, ten bowiem obszył wnętrze powozu swoim kuloodpornym materiałem. Później dostał za to najwyższe hiszpańskie odznaczenie państwowe. To nie magia, to Szczepanik!

Znany i lubiany był w całej Europie, lecz to w Tarnowie uważany był za prawdziwą legendę. W dniu jego ślubu wszystko było zamknięte, a ulice świeciły pustkami. Tylko załoga piekarzy od samego rana uwijała się, by zdążyć na czas z produkcją ciastek, szczepaników. To był jeden z tych dni, które później wspomina się z rozrzewnieniem, a każde zdanie poprzedzone jest głębokim westchnięciem. Do kościoła zjechali się wszyscy oficjele, urzędnicy, naukowcy i inżynierowie, a także okoliczna ludność – wszyscy chcieli wspólnie ze Szczepanikiem celebrować ten najważniejszy moment w jego życiu. To była sensacja! Szczepanik, nasz człowiek, tutaj, z Tarnowa, te, co tyle krajów zwiedził, co medal od cara nie przyjął, Polak, patriota co nam dzieci uczył, cośmy go rano widzieli, jak śniadanie jadł, żywy, ślub bierze! Tutaj, na polskiej ziemi! To nasz jest wynalazca, nasz Szczepanik i my tego Szczepanika nikomu nie oddamy!

*Chociaż to Edisona powinni nazywać amerykańskim Szczepanikiem. Nie każdy jednak wynalazca opanował trudną sztukę kreowania własnego wizerunku.

Więcej o szalonych naukowcach już w #10 numerze Coś na Progu!