Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nauka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2015

[Szaleni Naukowcy #4] 19-letni profesor-okultysta z renesansu - John Dee

Naukowiec, matematyk, dyplomata, nadworny mag, okultysta, wróżbita, astrolog, badacz wiedzy tajemnej o długiej, gęstej, siwej brodzie, z nosem zatkniętym w książkach, głowie pełnej wielkich idei i sercu, które kazało mu gnać w pędzie do wiedzy. Jeden z najbardziej wykształconych ludzi swojej epoki, który poświęcił się badaniom szarlatańskich sztuczek – magii i astrologii. Jaki był tego skutek? Zapraszam do lektury krótkiej historii Johna Dee, nadwornego angielskiego arcymaga.

Mechaniczny skarabeusz

Genialny Anglik urodził się w 1527 roku w rodzinie dworzan. Pierwsze kroki na ścieżce edukacji odbiły się dużym echem. Jego niezwykłe umiejętności zostały dostrzeżone i odpowiednio pielęgnowane. Pierwszy raz nazwano go magikiem po tym, jak przygotował efekty specjalne na potrzeby sztuki Pokój Arystofanesa – wpuścił na scenę mechanicznego skarabeusza, który sprawił, że wszystkim opadły szczęki aż do samej podłogi. Podobnie było z notablami. Ci postanowili go wynagrodzić.

Mając zaledwie 19 lat został jednym z założycieli Trinity College, uczelni, która do dzisiaj cieszy się opinią jednej z najlepszych na świecie. Wtedy też zakończył formalny proces edukacji wyższej, który nie miał dla niego nic więcej do zaoferowania i wzorem sławnych uczonych powziął wędrówkę po całej Europie. Zaprzyjaźnił się z największymi tytanami nauki swojego czasu – prekursorem nowoczesnej kartografii – Merkatorem, a także wybitnym matematykiem Cardano, z którym chciał stworzyć… perpetuum mobile.

Wtedy też objawiła się niezwykła przypadłość Johna Dee. Mimo że nie był zabobonny, zaczął interesować się naukami tajemnymi. Był młody, niezwykle pojętny i chłonny wiedzy. Lata mijały, a John Dee specjalizował się w coraz większej ilości dziedzin. Nie było uniwersytetów, które mogłyby mu cokolwiek zaoferować. Dlatego też w końcu zagłębił się w to, co nieprzeniknione, nieodgadnione a zarazem nieuchwytne. I przez to narobił sobie kłopotów.

Przeczytaj także: Kto wynalazł kamizelkę kuloodporną? Polak, Jan Szczepanik

       Wróżbita Janek

Już po przyjeździe do Anglii został aresztowany przez rycerzy Marii I Tudor, którzy znaleźli u niego horoskopy, jakie sporządził dla niej i Elżbiety, jej siostry. Co prawda odwoływanie się do sztuk tajemnych w nauce było wtedy na porządku dziennym i nikogo to nie dziwiło, sprawa okazała się poważniejsza. Zaczęło robić się gorąco, bo postawiono mu zarzuty o zdradę. Na szczęście John Dee obdarzony był złotym językiem i udało mu się wyjść z tego obronną ręką. Jak się później okaże, wstawiła się za nim jeszcze jedna osoba…

Po tym incydencie zaczął rozsądniej podchodzić do zagadnień tajemnych. Zajął się kolekcjonowaniem ksiąg. Chciał założyć bibliotekę z prawdziwego zdarzenia i z taką propozycją udał się do królowej Marii. Ta jednak nie była tym specjalnie zainteresowana. John Dee postanowił więc działać na własną rękę i rzeczoną bibliotekę umieścił w swoim własnym domu. Przez późniejsze lata swojego życia ciągle podejmował znojny trud odnajdywania, kupna i transportu woluminów do Anglii. Opłaciło mu się. Jego kolekcja szybko stała się największą w całej Anglii, co przyciągało do jego domostwa wielu znakomitych uczonych. 

       Ja tutaj tylko doradzam!

Trzy lata po procesie naukowca królowa Maria zmarła, a na tron wskoczyła jej siostra, Elżbieta. Okazało się wtedy, że Johna Dee przed więzieniem ocaliły nie tylko zdolności krasomówcze, ale także ukryte zamiłowania nowej królowej, dzięki której praktycznie uniknął więzienia. Młoda Elżbieta pasjonowała się okultyzmem i astrologią, a naturalną tego konsekwencją był fakt, że wraz z Johnem Dee stali się nierozłączni. Służył jej wiernie, za co dostał nieformalny tytuł doradcy księżniczki Elżbiety, a także stanął na czele komórki organizującej ekspansje Wielkiej Brytanii. Zaufanie Eli było jeszcze większe – poleciła wyznaczyć Johnowi termin jej koronacji! Oczywiście – w oparciu o gwiazdy. I może to w tym tkwiła tajemnica jej rządów – Elżbieta królowała Anglii przez 45 lat, dłużej, niż całe życie jej starszej siostry.

Szaleństwo na punkcie sztuk tajemnych nie było tylko powodowane ambicjami samego Dee, ale także swoje piętno odcisnęła znajomość z niejakim Kelleyem, który szybko stał się jego pomocnikiem. Ten naprawdę nazywał się Edward Talbott i w odróżnieniu od swojego mistrza był zwykłym oszustem i szarlatanem, który pod wiecznie naciągniętą czapką skrywał swoją największą hańbę – blizny po obciętych przez kata uszach. Była to kara za sfałszowanie dokumentów notarialnych. W czasie podróży z Johnem Dee wielokrotnie wciskał najbardziej wierutny kit wszystkim tym, którzy za pieniądze przyszli radzić się w tajemnych sprawach. Oszukiwał też swojego mistrza, czemu ten bezwiednie się przyglądał. 

      Duchy widzę, duchy!

Nic dziwnego więc, że John powoli odpływał. W 1564 roku napisał biblię okultystów – Monadę hieroglificzną, w której zawarł całą skarbnicę symboli matematycznych, kabalistycznych, magicznych czy astrologicznych. Później nadszedł czas na zaprezentowanie kryształowej kuli, która miała ukazywać wizje. Podróżował z nią po całej Europie, dając liczne pokazy. Jeden taki odbywał się w Polsce. John Dee poznał tam polskiego magnata, Olbrachta Łaskiego, którego przekonał, że umie rozmawiać z „archaniołami, aniołami i innymi duchami”. Ten był tak zafascynowany, że po europejskim tournée ‘Imperium Hiszpańskie – Rzeczpospolita Obojga Narodów z Johnem Dee’ postanowił sam pojechać do Anglii i skorzystać z usług wybitnego uczonego.

      URIELU, nie rób wiochy!

Dzisiaj w British Museum
Zadał mu wtedy trzy pytania – dwa o swoją przyszłość, a jedno o dalsze losy Stefana Batorego. John Dee wytrwale czekał na odpowiedź od anioła Uriela, ale ten chyba nie był w nastroju do przesłuchania, bo, jak twierdził sam zainteresowany Uriel, spłoszyła go Jane Dee, żona naukowca, która… wołała na obiad. Druga próba była bardziej owocna. John Dee przepowiedział przyszłość Łaskiemu i nic dziwnego, gdy okazało się, że Łaski miał stać się panem i władcą wszystkich okolicznych terenów. Magnat zapalił się do tego pomysłu i z radością rozpoczął proces importowania Johna Dee wraz z kompanem do Polski.

Ich domem po tym, jak opuścili Anglię, stał się Kraków. Podróżowali razem po Europie, ale to było pasmo klęsk. Największy blamaż ponieśli na terenie dzisiejszych Czech. Angielski magiczny sztukmistrz ogłosił wszem i wobec, że odnalazł recepturę przemieniania metalu w złoto, czym zaimponował Rudolfowi II. Ten zaprosił go do Pragi, ale ku zdziwieniu wszystkich seans się nie powiódł. (Słabo! Widocznie nie miał takiego talentu jak jego uczeń, Polak, Michał Sędziwój…)
John Dee okrył się hańbą i wrócił do Anglii. Sam, bo szarlatan Kelley oddał się hulaszczemu trybowi życia i został wzięty w niewolę, gdzie popełnił samobójstwo.

      Profesorska emerytura? Nic z tych rzeczy

Naukowca nie witano brawami. Nie było kwiatów, chleba ani soli, nie było także ojca, który przyjąłby syna marnotrawnego. Był za to zniszczony dom i rozgrabiona biblioteka. Cały dorobek jego życia został zniszczony. Na dodatek okazało się, że Anglia schyłku XVI wieku nie patrzyła już przychylnie na okultyzm. John Dee miał zrujnowaną reputację w ośrodkach akademickich, opuściła go rodzina i nie posiadał środków na utrzymanie. Kiedy już był bliski załamania, szczęście się do niego uśmiechnęło. Pomocną dłoń wyciągnęła do niego stara przyjaciółka – królowa Elżbieta, która otoczyła go opieką. Nie trwało to jednak długo. Po jej śmierci tron przejął Jakub I Stuart, który zupełnie nie interesował się tym, co miał do zaoferowania magik John Dee.

Wyproszony z królewskiego dworu zamieszkał wraz z córką, Katarzyną. W dniu śmierci miał 82 lata. Geniusz, ekscentryk, człowiek, który w imię nauki poświęcił wszystko, co tylko posiadał. Dzisiaj John Dee znany jest z dwóch rzeczy: ukucia terminu „Imperium Brytyjskie” i bycia autorem książek okultystycznych, mekki wszystkich wielbicieli pseudonauki. Mimo tych niechlubnych, czarnoksięskich epizodów należy oddać mu należne honory. Bo któż może wiedzieć, w którym miejscu znajdowałaby się dzisiejsza nauka, gdyby nie wpadł w sidła tajemnych, szarlatańskich sztuk?

Paweł Iwanina

wtorek, 14 października 2014

[Szaleni Naukowcy #3] To nie magia, to Szczepanik!

Jego wynalazek uratował życie króla Hiszpanii, Alfonsa XIII. Genialny umysł, tytan pracy, wynalazca, wizjoner, nazywany często polskim Edisonem*, Da Vinci z Galicji, galicyjskim geniuszem, a przy okazji szeroko znany na świecie – bohater dwóch opowiadań Marka Twaina. Kim był ten wspaniały, lecz dziś już zupełnie zapomniany, polski naukowiec?

Jasło. Koniec XIX wieku. Grupka zdziwionych dzieci wgapia swój wzrok w tego dziwnego nauczyciela, który już od kilku minut stoi do nich plecami i zapisuje całą tablicę, kawałek po kawałku, mrucząc coś niezrozumiale do siebie. Wymieniają między sobą urywane szepty i wiercą się nerwowo na krzesłach. Szczepanik znowu pogrążył się w myślach, a lekcja leci. No nic, jeszcze tylko kilka minut do końca.

Jan Szczepanik to zdecydowanie najbardziej utalentowany polski wynalazca i naukowiec. Urodzony w Rudnikach, lecz do aż po kraniec życia pałał niewymowną miłością do Tarnowa, gdzie osiedliłsię ze swoją ukochaną żoną, Wandą. W szkole stał się tym uczniem, którego nauczyciele określają mianem „zdolny, ale leniwy” – i jakże się mylą! Szczepanik był gigantem z fizyki i matematyki, ale szkoły nie ukończył, bo odstawał w grece. Przedarł się jednak wytrwale przez stopnie edukacji i zaszedł tak daleko, że został nauczycielem. To właśnie tam po raz pierwszy objawiły się jego ciągotki twórcze. Wzorem ludzi wybitnie inteligentnych, potrafił dumać przez połowę lekcji przy tablicy, zupełnie zapominając, gdzie się znajduje. Zwrócony tyłem do uczniów planował i wymyślał. I w końcu wymyślił.

Lecz dopiero w Krakowie pozyskał niezbędne fundusze. Zrobił z nich dobry użytek – usprawnił pracę tysiącom tkaczy na całym świecie. Do produkcji gobelinów i dywanów ze skomplikowanymi wzorami potrzebowano bowiem patronów – specjalnych wzorów, dzięki którym wiadomo było, że trzeba przewlec dwa razy przez tę, a trzy razy przez tamtą dziurę. Wcześniej robiono to manualnie – ale to była pestka dla Szczepanika. Dzięki jego wynalazkowi, można było przenosić obrazek prosto na patron – wystarczyło kilka przesunięć wajchy, mały błysk i już! Ale to było za mało dla Szczepanika. Jego elektromagnesy zaczęły wykonywać całą tkacką pracę za ludzi. Ci musieli tylko nadzorować cały proces. Praca, która zajmowała miesiąc, zrobiona w godzinę. To nie magia, to Szczepanik!

Przeczytaj także: Największe jaja średniowiecznej nauki - Michał Sędziwój

W tym czasie też przyjechał do niego Mark Twain. Chciał kupić patenty Polaka na maszynę tkacką, ale ten się nie zgodził. Szczepanik obdarował go jednak dywanem. Jak wiadomo, nie musiał na niego długo czekać. Twain jednak był kontent na tyle, że poświęcił mu kilka szpalt, dzięki czemu i za oceanem usłyszano o Szczepaniku.

Mógł się poświęcić tkactwu i żyć dostatnie aż do końca swoich dni. Ale wtedy nie nazywałby się Szczepanik! W czasach, gdy Marconi, uważany dziś za wynalazcę radia, majstrował przy swoich falach i cieszył się, gdy mógł sobie swobodnie powymieniać słowa euforii na odległość, Szczepanik nie zawracał sobie głowy takimi drobnostkami. Bo i po co tylko rozmawiać, skoro można podziwiać obrazy? Tak, Szczepanik wymyślił telewizję. W zasadzie wszystko, co dzisiaj rozumiemy przez telewizję – obraz miał dźwięk i był, uwaga – k o l o r o w y. Wynalazek, nazwany  jednak był zbyt skomplikowany w obsłudze, kosztowny i jak na tamte lata, nieprzydatny. Biorąc pod uwagę, że pierwsza transmisja TV była dopiero 30 lat później, robi to wrażenie. To nie magia, to Szczepanik!

Kilka lat później Wiedeń obiegła szokująca informacja, przekazywana z ust do ust, na których kwitł sardoniczny, pełen ironii uśmiech. Że niby ten szalony Szczepanik wymyślił materiał, który zatrzymuje kule? Bzdura! A słyszeliście, że chce strzelić w swojego służącego, by to udowodnić? Nie rozśmieszaj mnie! Ale, co mi tam, pójdę – na pewno będzie ciekawie!

I jakie było zdziwienie, gdy to wszystko okazało się prawdą! Szczepanik był twórcą jednej z pierwszych kamizelek kuloodpornych. Wypróbował ją w Wiedniu. Tam właśnie klatka piersiowa jego służącego przetrwała wystrzał z rewolweru z odległości trzech kroków. Ważyła zaledwie 900 gram! Najlepsze miało jednak nadejść.

Przenieśmy się zatem trochę na zachód, do Hiszpanii. Niestabilnej politycznie, podzielonej Hiszpanii. Szesnastoletni, świeżo upieczony król, Alfons XIII jechał powozem przez Madryt i wyglądał ukradkiem na tłum, którego jedna połowa go uwielbiała, a druga chciała się go pozbyć wszelkim kosztem. W pewnej chwili wszyscy, jak jeden mąż, zamarli. Usłyszeli bowiem huk wystrzału i zobaczyli eksplozję, która targnęła powozem króla. W panice rozpierzchli się na wszystkie strony, lecz jakie musiało być ich zdziwienie, gdy król wyszedł o własnych siłach, i to jeszcze niedraśnięty! A wszystko to za sprawą Da Vinci z Galicji, ten bowiem obszył wnętrze powozu swoim kuloodpornym materiałem. Później dostał za to najwyższe hiszpańskie odznaczenie państwowe. To nie magia, to Szczepanik!

Znany i lubiany był w całej Europie, lecz to w Tarnowie uważany był za prawdziwą legendę. W dniu jego ślubu wszystko było zamknięte, a ulice świeciły pustkami. Tylko załoga piekarzy od samego rana uwijała się, by zdążyć na czas z produkcją ciastek, szczepaników. To był jeden z tych dni, które później wspomina się z rozrzewnieniem, a każde zdanie poprzedzone jest głębokim westchnięciem. Do kościoła zjechali się wszyscy oficjele, urzędnicy, naukowcy i inżynierowie, a także okoliczna ludność – wszyscy chcieli wspólnie ze Szczepanikiem celebrować ten najważniejszy moment w jego życiu. To była sensacja! Szczepanik, nasz człowiek, tutaj, z Tarnowa, te, co tyle krajów zwiedził, co medal od cara nie przyjął, Polak, patriota co nam dzieci uczył, cośmy go rano widzieli, jak śniadanie jadł, żywy, ślub bierze! Tutaj, na polskiej ziemi! To nasz jest wynalazca, nasz Szczepanik i my tego Szczepanika nikomu nie oddamy!

*Chociaż to Edisona powinni nazywać amerykańskim Szczepanikiem. Nie każdy jednak wynalazca opanował trudną sztukę kreowania własnego wizerunku.

Więcej o szalonych naukowcach już w #10 numerze Coś na Progu!

czwartek, 9 października 2014

[Szaleni Naukowcy #2] Fryderyku, ty chory sadysto!

Fryderyk II, nosiciel miana Antychrysta, jedna z ciekawszych postaci swojej epoki, miał swój ciemny sekret. Lubował się w eksperymentach na ludziach. Rozpruwanie, zabijanie, zniewalanie i doświadczenia na dzieciach było dla niego chlebem codziennym. Ale bez przesady. Nie był aż taki zły. Albo był? Przekonajcie się sami!  

W powszechnym rozumowaniu średniowiecze jawi się jako epoka ciemna, pozbawiona zdobyczy nauki, kojarząca się raczej z plebsem, który palił na stosie wszystko, co wydawało się naukowe, czy „magiczne”. Nic bardziej mylnego!
 
Z pomocą ku obalaniu tego mitu przychodzi Fryderyk II. Był jednym z najlepiej wykształconych ludzi swej epoki - przetłumaczył i zebrał dzieła samego Arystotelesa! Fryderyk interesował się różnymi dziedzinami nauki do tego stopnia, że postanowił przeprowadzić pewne doświadczenie, które później zostanie nazwane Zakazanym Eksperymentem, a że cesarzowi się nie odmawia, miał praktycznie wolną rękę.

Władca chciał w końcu rozstrzygnąć kwestię tego, jakim językiem posługiwano się w Edenie. Logika była słuszna – Adam i Ewa nie mogli przecież nauczyć się języka od swoich rodziców. W tym celu zabrał kilka nowo narodzonych dzieci i zrobił coś... nie do końca normalnego. Nakazał wychować je w całkowitej izolacji od języka. Opiekunkom nie wolno było pod żadnym pozorem rozmawiać, odzywać się ani wydawać jakichkolwiek dźwięków przy obecności dzieci.

Fryderyk wierzył że w ten sposób zaczną one przemawiać w pierwotnym języku. Zakładano, że będzie to łacina, hebrajski, arabski, greka, lub język rodziców dzieci, język bowiem, wedle ówczesnej hipotezy, mógł być przekazywany poprzez geny.

Wynik tego eksperymentu z dzisiejszego punktu widzenia był do przewidzenia. Nie przebiegł pomyślnie ani dla cesarza, ani dla dzieci. Te bowiem miały być pokrzywdzone już do końca swoich dni. W ciągu długich lat wykształciły swój własny język, złożony z systemu klaśnięć, chrząknięć, grymasów i min.

Zobacz także: Polak, który posiadał kamień filozoficzny

Podobny eksperyment przeprowadził islamski władca ludu północnych Indii - Mogołów, Akbar I. Ten doszedł do podobnego wniosku co Fryderyk. Sytuacja nie jest jednak taka prosta – Jakub IV, król Szkocji twierdził, że zrobił taki sam eksperyment i że jego badani mówili płynnym hebrajskim.

Sadyzmu okres główny

Lecz to nie koniec wyczynów Fryderyka. Jak tylko się dowiedział, że dzieci jednak nie mówią, zakasał rękawy i poszedł walczyć o swój przyszły splendor. Co wam przychodzi na myśl, kiedy myślicie o beczce? Z pewnością nie to samo, co naszemu bohaterowi. Ten bowiem postawił włożyć do niej skazańca, a rzeczoną beczkę szczelnie obić dodatkową warstwą desek tak, aby nie było tam najmniejszej szczeliny. Potem kazał wyjąć z niej korek blokujący dopływ powietrza i zabić skazańca. A potem czekał. Czekał. A gdy nic się nie stało, machnął ręką i westchnął z powątpiewaniem. Kolejny nieudany eksperyment. Fryderyk II bowiem chciał się przekonać, czy przez otwór w beczce widać będzie... ulatującą duszę zabitego skazańca.

Moglibyśmy jeszcze złożyć te eksperymenty na karb zwykłej ludzkiej ciekawości - jednak ten, o którym zaraz przeczytacie, skreśla go w przedbiegach. Fryderyk miał szerokie zainteresowania - od tego, co dziś zwiemy lingwistyką, ornitologią, metafizyką a nawet... trawieniem. Pewnego dnia postanowił nakarmić dwóch poddanych tym samym jedzeniem. Jednego wysłał na polowanie, a drugiemu kazał pójść spać. Gdy pierwszy wrócił, kazał obydwu rozpruć brzuchy i wypatroszyć, by sprawdzić, który z nich szybciej i sprawniej przetrawił swoją potrawę. A wszystko to w imię... no właśnie, czego?

Więcej o szalonych naukowcach już w #10 numerze Coś na Progu!

niedziela, 28 września 2014

[Szaleni Naukowcy #1] Uczyńcie tyle, co Michał Sędziwój!

Genialny dyplomata, pionierski alchemik, czy może szarlatan i oszust? W poczet szalonych naukowców należy wpisać Michała Sędziwója, najsłynniejszego polskiego alchemika. W ciągu swojego życia rozkochał w sobie Europę. Jego dokonania cytował sam Issac Newton. Kim tak naprawdę był człowiek, który miał mieć recepturę kamienia filozoficznego? Zapraszam do lektury.

Urodzony w 1566 obok Nowego Sącza Sędziwój pobierał nauki od najznamienniejszych naukowców swojego czasu, między innymi Johna Dee, a także z prac Paracelsusa.

Był sławnym dyplomatą – dzięki pieniądzom pozyskanym od możnych odwiedził prawie całą Europę, doradzając monarchom i oddając się badaniom nad alchemią.
Sędziwój, człowiek niezwykle mądry, ale i przebiegły, szybko rozpuścił wieść, jakoby wszedł w posiadanie kamienia filozoficznego, którym miał go obdarować inny polski alchemik, Sethon, w podzięce za uratowanie go z saksońskiego więzienia. Dzięki temu mógł mydlić oczy europejskim monarchom i pozyskiwać od nich środki na sensowne badania.

Jedna z tych historii, w której Sędziwój rozkochuje w sobie umysły europejskich możnowładców, działa się na terenie dzisiejszych Niemczech. Polak wiedział, gdzie uderzyć, by okryć się sławą. Udał się na dwór Rudolfa II, bojaźliwego cudzołożnika, opętanego lękami i depresją, znanego z pasji do wszelkich szarlatanów: astrologów, rabinów-kabalistów, czy okultystów. Alchemik przeprowadził tam swoją pierwszą transmutację ołowiu w złoto. A przynajmniej takie wrażenie odniósł Rudolf II. Dzięki sprytnej sztuczce, używając barwiącej substancji – tynktury, zdobył uznanie władcy, który w ścianę sali, w której doszło do eksperymentu, kazał wmurować tablicę z napisem:

„FACIAT HOC GUISPIAM ALIUS QUOD FECIT SENDIVOGIUS POLONUS”
(Niech ktokolwiek inny uczyni to, co uczynił Polak Sędziwój)

Sława jednak miała swoje mroczne strony. Gdy przybył na dwór Fryderyka I, władca najpierw go poprosił, a potem zaczął rozpaczliwie błagać i płaszczyć się przed nim na kolanach, by ten zdradził mu sekret transmutacji. Alchemik jednak musiał kryć sekret swej sztuki, więc odmówił, przez co został wtrącony do więzienia, by zmiękł. Gdy dowiedziała się o tym Europa, szykowano już chorągwie wojsk, by go odbić. Ten jednak z wysokiej wieży więziennej uciekł w iście średniowiecznym stylu – spuścił się na związanych prześcieradłach. 

Jego największym odkryciem był „pokarm życia”, który za kilkadziesiąt lat przez francuskiego chemika miał zostać nazwany „oxygen”, czyli tlen. Opisał go w jednej ze swoich licznych prac, jako: „sól naszą, która unosi się w morzu, oraz wodę, która nie moczy rąk, bez której w świecie nic nie może się narodzić i powstać”. 
W spuściźnie po sobie pozostawił 10 prac naukowych, prosperującą manufakturę materiałów wybuchowych, a także owiane tajemnicą Stowarzyszenie Nieznanych Filozofów, mające być jedną z pierwszych polskich… masonerii. 

Sędziwój uważał, że wynalazki powinny być pod kontrolą, aby nie wpadły w niepowołane ręce. Na przykład innych, późniejszych szalonych naukowców. W kolejnych wpisach z serii: szaleni naukowcy udowodnię, że wcale się nie pomylił.