Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alchemia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą alchemia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 maja 2015

[Szaleni Naukowcy #4] 19-letni profesor-okultysta z renesansu - John Dee

Naukowiec, matematyk, dyplomata, nadworny mag, okultysta, wróżbita, astrolog, badacz wiedzy tajemnej o długiej, gęstej, siwej brodzie, z nosem zatkniętym w książkach, głowie pełnej wielkich idei i sercu, które kazało mu gnać w pędzie do wiedzy. Jeden z najbardziej wykształconych ludzi swojej epoki, który poświęcił się badaniom szarlatańskich sztuczek – magii i astrologii. Jaki był tego skutek? Zapraszam do lektury krótkiej historii Johna Dee, nadwornego angielskiego arcymaga.

Mechaniczny skarabeusz

Genialny Anglik urodził się w 1527 roku w rodzinie dworzan. Pierwsze kroki na ścieżce edukacji odbiły się dużym echem. Jego niezwykłe umiejętności zostały dostrzeżone i odpowiednio pielęgnowane. Pierwszy raz nazwano go magikiem po tym, jak przygotował efekty specjalne na potrzeby sztuki Pokój Arystofanesa – wpuścił na scenę mechanicznego skarabeusza, który sprawił, że wszystkim opadły szczęki aż do samej podłogi. Podobnie było z notablami. Ci postanowili go wynagrodzić.

Mając zaledwie 19 lat został jednym z założycieli Trinity College, uczelni, która do dzisiaj cieszy się opinią jednej z najlepszych na świecie. Wtedy też zakończył formalny proces edukacji wyższej, który nie miał dla niego nic więcej do zaoferowania i wzorem sławnych uczonych powziął wędrówkę po całej Europie. Zaprzyjaźnił się z największymi tytanami nauki swojego czasu – prekursorem nowoczesnej kartografii – Merkatorem, a także wybitnym matematykiem Cardano, z którym chciał stworzyć… perpetuum mobile.

Wtedy też objawiła się niezwykła przypadłość Johna Dee. Mimo że nie był zabobonny, zaczął interesować się naukami tajemnymi. Był młody, niezwykle pojętny i chłonny wiedzy. Lata mijały, a John Dee specjalizował się w coraz większej ilości dziedzin. Nie było uniwersytetów, które mogłyby mu cokolwiek zaoferować. Dlatego też w końcu zagłębił się w to, co nieprzeniknione, nieodgadnione a zarazem nieuchwytne. I przez to narobił sobie kłopotów.

Przeczytaj także: Kto wynalazł kamizelkę kuloodporną? Polak, Jan Szczepanik

       Wróżbita Janek

Już po przyjeździe do Anglii został aresztowany przez rycerzy Marii I Tudor, którzy znaleźli u niego horoskopy, jakie sporządził dla niej i Elżbiety, jej siostry. Co prawda odwoływanie się do sztuk tajemnych w nauce było wtedy na porządku dziennym i nikogo to nie dziwiło, sprawa okazała się poważniejsza. Zaczęło robić się gorąco, bo postawiono mu zarzuty o zdradę. Na szczęście John Dee obdarzony był złotym językiem i udało mu się wyjść z tego obronną ręką. Jak się później okaże, wstawiła się za nim jeszcze jedna osoba…

Po tym incydencie zaczął rozsądniej podchodzić do zagadnień tajemnych. Zajął się kolekcjonowaniem ksiąg. Chciał założyć bibliotekę z prawdziwego zdarzenia i z taką propozycją udał się do królowej Marii. Ta jednak nie była tym specjalnie zainteresowana. John Dee postanowił więc działać na własną rękę i rzeczoną bibliotekę umieścił w swoim własnym domu. Przez późniejsze lata swojego życia ciągle podejmował znojny trud odnajdywania, kupna i transportu woluminów do Anglii. Opłaciło mu się. Jego kolekcja szybko stała się największą w całej Anglii, co przyciągało do jego domostwa wielu znakomitych uczonych. 

       Ja tutaj tylko doradzam!

Trzy lata po procesie naukowca królowa Maria zmarła, a na tron wskoczyła jej siostra, Elżbieta. Okazało się wtedy, że Johna Dee przed więzieniem ocaliły nie tylko zdolności krasomówcze, ale także ukryte zamiłowania nowej królowej, dzięki której praktycznie uniknął więzienia. Młoda Elżbieta pasjonowała się okultyzmem i astrologią, a naturalną tego konsekwencją był fakt, że wraz z Johnem Dee stali się nierozłączni. Służył jej wiernie, za co dostał nieformalny tytuł doradcy księżniczki Elżbiety, a także stanął na czele komórki organizującej ekspansje Wielkiej Brytanii. Zaufanie Eli było jeszcze większe – poleciła wyznaczyć Johnowi termin jej koronacji! Oczywiście – w oparciu o gwiazdy. I może to w tym tkwiła tajemnica jej rządów – Elżbieta królowała Anglii przez 45 lat, dłużej, niż całe życie jej starszej siostry.

Szaleństwo na punkcie sztuk tajemnych nie było tylko powodowane ambicjami samego Dee, ale także swoje piętno odcisnęła znajomość z niejakim Kelleyem, który szybko stał się jego pomocnikiem. Ten naprawdę nazywał się Edward Talbott i w odróżnieniu od swojego mistrza był zwykłym oszustem i szarlatanem, który pod wiecznie naciągniętą czapką skrywał swoją największą hańbę – blizny po obciętych przez kata uszach. Była to kara za sfałszowanie dokumentów notarialnych. W czasie podróży z Johnem Dee wielokrotnie wciskał najbardziej wierutny kit wszystkim tym, którzy za pieniądze przyszli radzić się w tajemnych sprawach. Oszukiwał też swojego mistrza, czemu ten bezwiednie się przyglądał. 

      Duchy widzę, duchy!

Nic dziwnego więc, że John powoli odpływał. W 1564 roku napisał biblię okultystów – Monadę hieroglificzną, w której zawarł całą skarbnicę symboli matematycznych, kabalistycznych, magicznych czy astrologicznych. Później nadszedł czas na zaprezentowanie kryształowej kuli, która miała ukazywać wizje. Podróżował z nią po całej Europie, dając liczne pokazy. Jeden taki odbywał się w Polsce. John Dee poznał tam polskiego magnata, Olbrachta Łaskiego, którego przekonał, że umie rozmawiać z „archaniołami, aniołami i innymi duchami”. Ten był tak zafascynowany, że po europejskim tournée ‘Imperium Hiszpańskie – Rzeczpospolita Obojga Narodów z Johnem Dee’ postanowił sam pojechać do Anglii i skorzystać z usług wybitnego uczonego.

      URIELU, nie rób wiochy!

Dzisiaj w British Museum
Zadał mu wtedy trzy pytania – dwa o swoją przyszłość, a jedno o dalsze losy Stefana Batorego. John Dee wytrwale czekał na odpowiedź od anioła Uriela, ale ten chyba nie był w nastroju do przesłuchania, bo, jak twierdził sam zainteresowany Uriel, spłoszyła go Jane Dee, żona naukowca, która… wołała na obiad. Druga próba była bardziej owocna. John Dee przepowiedział przyszłość Łaskiemu i nic dziwnego, gdy okazało się, że Łaski miał stać się panem i władcą wszystkich okolicznych terenów. Magnat zapalił się do tego pomysłu i z radością rozpoczął proces importowania Johna Dee wraz z kompanem do Polski.

Ich domem po tym, jak opuścili Anglię, stał się Kraków. Podróżowali razem po Europie, ale to było pasmo klęsk. Największy blamaż ponieśli na terenie dzisiejszych Czech. Angielski magiczny sztukmistrz ogłosił wszem i wobec, że odnalazł recepturę przemieniania metalu w złoto, czym zaimponował Rudolfowi II. Ten zaprosił go do Pragi, ale ku zdziwieniu wszystkich seans się nie powiódł. (Słabo! Widocznie nie miał takiego talentu jak jego uczeń, Polak, Michał Sędziwój…)
John Dee okrył się hańbą i wrócił do Anglii. Sam, bo szarlatan Kelley oddał się hulaszczemu trybowi życia i został wzięty w niewolę, gdzie popełnił samobójstwo.

      Profesorska emerytura? Nic z tych rzeczy

Naukowca nie witano brawami. Nie było kwiatów, chleba ani soli, nie było także ojca, który przyjąłby syna marnotrawnego. Był za to zniszczony dom i rozgrabiona biblioteka. Cały dorobek jego życia został zniszczony. Na dodatek okazało się, że Anglia schyłku XVI wieku nie patrzyła już przychylnie na okultyzm. John Dee miał zrujnowaną reputację w ośrodkach akademickich, opuściła go rodzina i nie posiadał środków na utrzymanie. Kiedy już był bliski załamania, szczęście się do niego uśmiechnęło. Pomocną dłoń wyciągnęła do niego stara przyjaciółka – królowa Elżbieta, która otoczyła go opieką. Nie trwało to jednak długo. Po jej śmierci tron przejął Jakub I Stuart, który zupełnie nie interesował się tym, co miał do zaoferowania magik John Dee.

Wyproszony z królewskiego dworu zamieszkał wraz z córką, Katarzyną. W dniu śmierci miał 82 lata. Geniusz, ekscentryk, człowiek, który w imię nauki poświęcił wszystko, co tylko posiadał. Dzisiaj John Dee znany jest z dwóch rzeczy: ukucia terminu „Imperium Brytyjskie” i bycia autorem książek okultystycznych, mekki wszystkich wielbicieli pseudonauki. Mimo tych niechlubnych, czarnoksięskich epizodów należy oddać mu należne honory. Bo któż może wiedzieć, w którym miejscu znajdowałaby się dzisiejsza nauka, gdyby nie wpadł w sidła tajemnych, szarlatańskich sztuk?

Paweł Iwanina

niedziela, 28 września 2014

[Szaleni Naukowcy #1] Uczyńcie tyle, co Michał Sędziwój!

Genialny dyplomata, pionierski alchemik, czy może szarlatan i oszust? W poczet szalonych naukowców należy wpisać Michała Sędziwója, najsłynniejszego polskiego alchemika. W ciągu swojego życia rozkochał w sobie Europę. Jego dokonania cytował sam Issac Newton. Kim tak naprawdę był człowiek, który miał mieć recepturę kamienia filozoficznego? Zapraszam do lektury.

Urodzony w 1566 obok Nowego Sącza Sędziwój pobierał nauki od najznamienniejszych naukowców swojego czasu, między innymi Johna Dee, a także z prac Paracelsusa.

Był sławnym dyplomatą – dzięki pieniądzom pozyskanym od możnych odwiedził prawie całą Europę, doradzając monarchom i oddając się badaniom nad alchemią.
Sędziwój, człowiek niezwykle mądry, ale i przebiegły, szybko rozpuścił wieść, jakoby wszedł w posiadanie kamienia filozoficznego, którym miał go obdarować inny polski alchemik, Sethon, w podzięce za uratowanie go z saksońskiego więzienia. Dzięki temu mógł mydlić oczy europejskim monarchom i pozyskiwać od nich środki na sensowne badania.

Jedna z tych historii, w której Sędziwój rozkochuje w sobie umysły europejskich możnowładców, działa się na terenie dzisiejszych Niemczech. Polak wiedział, gdzie uderzyć, by okryć się sławą. Udał się na dwór Rudolfa II, bojaźliwego cudzołożnika, opętanego lękami i depresją, znanego z pasji do wszelkich szarlatanów: astrologów, rabinów-kabalistów, czy okultystów. Alchemik przeprowadził tam swoją pierwszą transmutację ołowiu w złoto. A przynajmniej takie wrażenie odniósł Rudolf II. Dzięki sprytnej sztuczce, używając barwiącej substancji – tynktury, zdobył uznanie władcy, który w ścianę sali, w której doszło do eksperymentu, kazał wmurować tablicę z napisem:

„FACIAT HOC GUISPIAM ALIUS QUOD FECIT SENDIVOGIUS POLONUS”
(Niech ktokolwiek inny uczyni to, co uczynił Polak Sędziwój)

Sława jednak miała swoje mroczne strony. Gdy przybył na dwór Fryderyka I, władca najpierw go poprosił, a potem zaczął rozpaczliwie błagać i płaszczyć się przed nim na kolanach, by ten zdradził mu sekret transmutacji. Alchemik jednak musiał kryć sekret swej sztuki, więc odmówił, przez co został wtrącony do więzienia, by zmiękł. Gdy dowiedziała się o tym Europa, szykowano już chorągwie wojsk, by go odbić. Ten jednak z wysokiej wieży więziennej uciekł w iście średniowiecznym stylu – spuścił się na związanych prześcieradłach. 

Jego największym odkryciem był „pokarm życia”, który za kilkadziesiąt lat przez francuskiego chemika miał zostać nazwany „oxygen”, czyli tlen. Opisał go w jednej ze swoich licznych prac, jako: „sól naszą, która unosi się w morzu, oraz wodę, która nie moczy rąk, bez której w świecie nic nie może się narodzić i powstać”. 
W spuściźnie po sobie pozostawił 10 prac naukowych, prosperującą manufakturę materiałów wybuchowych, a także owiane tajemnicą Stowarzyszenie Nieznanych Filozofów, mające być jedną z pierwszych polskich… masonerii. 

Sędziwój uważał, że wynalazki powinny być pod kontrolą, aby nie wpadły w niepowołane ręce. Na przykład innych, późniejszych szalonych naukowców. W kolejnych wpisach z serii: szaleni naukowcy udowodnię, że wcale się nie pomylił.