Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iwanina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą iwanina. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 marca 2016

[WYNALAZKI] Fluoroskop, czyli jak zabijał Roentgen

Kiedyś ktoś mądrzejszy ode mnie powiedział, że jak mnie ktoś spyta, o najstarszy przykład na takie a taki motyw w literaturze, a ja nie będę wiedział, mam powiedzieć: Biblia, bo w większości przypadków strzelę prawidłowo. Dzisiaj ja tak samo was przestrzegam – jeżeli nie będziecie wiedzieć, kto był wynalazcą takiej a takiej rzeczy z przełomu XVIII i XIX wieku, mówcie: Tesla, bo w większości przypadków strzelicie prawidłowo.

W 1895 roku Wilhelm Roentgen przypadkowo odkrywa promienie X. Kilka miesięcy wcześniej płonie laboratorium Tesli, w którym były między innymi zdjęcia Marka Twaina. Nie spodobały się dżentelmenom, którzy w notatce napisali, że zdjęcia zawierają „ślady dziwnego promieniowania”. Te ocalałe Tesla wysłał Roentgenowi, który był rozumnym człowiekiem i upewnił się, że serbski naukowiec nie będzie się upominał o pierwszeństwo.

Dzięki temu dzisiaj uszkodzone stopy prześwietlane są promieniami Roentgena.

Różnica między oboma panami była taka, że jeden wiedział, że promieniowanie jest szkodliwe, a drugi nie. Gdyby laur pierwszeństwa przypadł Serbowi, pewnie amerykańscy sprzedawcy butów z końca lat 20. żyliby dłużej.

Dr Jacob Lowe z Bostonu zarobił piętnaście tysięcy dolarów na sprzedaży patentu firmie Adrian Company z Milwaukee. Wymyślił fluoroskop, urządzenie, które znalazło szerokie zastosowanie w przemyśle obuwniczym. Człowiek wkładał tam nogę, maszyna się uruchamiała i już chwilę później mógł zobaczyć przez okienka i otwory zdjęcie rentgenowskie stopy. Pozwalało to lepiej dopasować buty. Maszyna była szczególnie popularna podczas wielkiego kryzysu, jako że buty były inwestycją na lata.

Przeczytaj także: Jan Szczepanik - największy polski naukowiec?

Piętnaście tysięcy sztuk, każda po około dwa tysiące dolarów (dzisiaj to ponad dwadzieścia siedem) rozeszły się nie tylko po Ameryce, ale także Wielkiej Brytanii, Australii czy Kanadzie. Po naciśnięciu guzika promieniowanie wyzwalało się na dwadzieścia sekund. Tym bardziej ciekawskim włączano maszynę kilkukrotnie. Kilkukrotnie również, jak się okazało, przekroczona została dawka dopuszczalnego promieniowania, nad którą dyskusje zaczęły się w tym roku, w którym powstały pierwszy fluoroskopy. Nie tylko na osobę, która maszyny używała – promieniowania rozchodziło się we wszystkich kierunkach na odległość 7,5 metra.

Minęły trzydzieści dwa lata od czasu odkrycia Roentgena do fluoroskopu, a kolejne dwadzieścia sześć zanim rząd federalny zakazał stosowania wynalazku.



Fluoroskop to świadek swojej epoki, piękny wyraz roaring twenties, gdzie pucybut mógł stać się milionerem, gdzie królował mezalians, a nauka mogła być w swój charakterystyczny, lekko dziwaczny sposób, nieskrępowana. Nie wiadomo, co się stało z używającymi wynalazek, a tym bardziej z tymi, którzy go obsługiwali. Chociaż możemy się domyślać.

środa, 23 grudnia 2015

Wszyscy równi wobec kupy - El Caganer


Jeżeli kiedyś w podróży przez Europę zawitacie do słonecznej, północno-wschodniej części Hiszpanii i zobaczycie Baracka Obamę, lub papieża Franciszka w charakterystycznym przykucu, z uśmiechniętą twarzą i odsłoniętym zadem, pod którym piętrzy się stolec… nie dziwcie się! Srające figurki to jeden ze świątecznych elementów katalońskiej tradycji.

Katalończycy nazywają je „El Caganer”, które tłumaczyć można na różne sposoby, ale koniec końców i tak zatrzymalibyśmy się na tych najbardziej dosłownych. "Wypróżniacz" czy "Defekator" to tylko jedne z koślawych propozycji.

W swojej pierwotnej formie przedstawiają katalońskiego chłopa w tradycyjnym czerwonym nakryciu głowy z czarną obwódką u dołu, zwanym barretina. Chłop pochyla się, opuszczając spodnie, pod którymi leży tradycyjny stolec.

Co ciekawe - nie jest znane jej pochodzenie. Najwcześniejszych caganerów można doszukiwać się w drugiej połowie 17 wieku. W swojej niezmienionej formie przetrwały aż do dzisiejszych czasów.

Benjamin Franklin powiedział kiedyś, że w życiu pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki. A gdyby wychowywał się na północy Hiszpanii, z pewnością dodałby jeszcze jeden punkt: defekację. Nie ulega wątpliwości, że i tę najbardziej przykrą z czynności filozoficznych muszą robić wszyscy i to w częściej niż raz na rok, jak caganer.

Skoro więc i mężowie i królowie, i chłopi i mieszczanie – wszyscy są zmuszeni do powtarzającego się rytuału, to czy nie jest to klarowny dowód równości wobec siebie i w obliczu Boga? To bezpośrednie odwołanie się do średniowiecznego motywu dans macabre, który to też wyrażał równość, ale wobec śmierci.

Nie zapominajmy także o czynniku ekologicznym – to, co znajduje się pod figurką ma zwiastować dobre użyźnienie ziemi i obiecywać dobre plony na przyszłość.

Estetyczne wątpliwości dotyczące genezy pomysłu na figurkę są dość duże i mogły powstać w umyśle twórcy jako odpowiedź na pytanie: „co jeżeli Biblia pominęła jednego z pasterzy, który akurat wtedy zapragnął przeczyścić kiszki?”. Wzbraniajmy się jednak przed zbyteczną oceną – kreatywne myślenie zawsze było w cenie, razem z poszanowaniem czyjejś kultury. Nie można jednak odmówić polotu przedsiębiorcom, którzy gromadnie stawiają obok siebie na sklepowych półkach przykucniętą (i uśmiechniętą) Angelę Merkel, Berlusconiego, Fidela Castro, czy Putina. W ten sposób choć na chwilę wszyscy jesteśmy równi. Równi wobec kupy.

Ale to nie koniec dziwactwa Katalończyków, którzy na punkcie kupy są naprawdę zwariowani. 8 grudnia każdy szanujący się, tradycyjny rodzic do domu przynosi drewniany pieniek, zwany Caga Tió (już się pewnie domyślacie, że z katalońska to: defekujący pieniek) z narysowanym uśmiechem na czterech drewnianych nogach, który stoi w zaszczytnym miejscu, przykryty kocem, aż do Wigilii Bożego Narodzenia, kiedy to dzieci domowników zbijają się – a jakże – w kupę i obijają pieniek, aż ten nie zesra się słodyczami spod koca.

Niejednokrotnie zdarza się jednak, że pieniek cierpi na gastryczną wstrzemięźliwość i dzieciaki spędzają kupę czasu, by rozwikłać ten świąteczny problem. Wtedy otuchy dodaje im specjalna piosenka. Istnieje wiele wersji, a najpopularniejsza w wolnym tłumaczeniu brzmi mniej więcej tak: 

Srający pieńku
Wysraj nugat
Orzechy laskowe i ser
Jeżeli dobrze się nie wysrasz
Obijemy cię pałką
Sraj, pieńku!


sobota, 6 czerwca 2015

Westernowy plagiat na Karaibach

Nadrabiając ważny element (pop)kultury, jakim w latach 80. było Miami Vice zauważyłem pewną rzecz, która nie dała mi spokoju. Sposób przedstawienia postaci, ich związki między sobą i akcja odcinka ciągle coś mi przypominały. Nawet samo użycie głównego motywu muzycznego chodziło mi po głowie. Ale w końcu mnie olśniło. Odcinek The Afternoon Plane to żywcem wyjęta fabuła z genialnego westernu High Noon z 1952 roku. Plagiat czy inspiracja?

Ricardo Tubbs, jeden z dwójki głównych bohaterów, na co dzień detektyw policji w Miami wygrywa los na loterii, który gwarantuje mu upojny weekend na jednej z karaibskich wysepek. Leci tam wraz ze swoją dziewczyną, Alicią. Na miejscu okazuje się, że urocza wysepka jest wymierającym miasteczkiem, w którym władzę trzyma Calderone, kuzyn śmiertelnego, martwego już wroga Tubbsa. Próbują uciec z wyspy, ale nikt nie chce z nimi współpracować. Samolot przyjeżdża tylko raz na dobę, a najbliższym leci sam Calderone. Tubbs zmęczony ciągłym uciekaniem postanawia stawić czoła swojego wrogowi. Chce, by Alicia poleciała do Miami pierwszym samolotem. Po krótkiej rozmowie ta z niechęcią przystaje.

Finalny pojedynek
I teraz zaczyna się najlepsza część! Tubbs próbuje znaleźć sojuszników do walki z Calderone, ale nikt nie chce nadstawić za niego karku. Próbuje w kościele, próbuje w marinie - wszystko na próżno. Jedyną osobą, która chce mu pomóc jest... zastępca lokalnego szeryfa, niezbyt rozgarnięty chłopak, który szybko, podczas pierwszej konfrontacji, umiera.
Tubbs zdobywa broń. Za chwilę nastąpi konfrontacja. Kamera pokazuje kilka martwych planów i równie martwych twarzy, zastygłych w skupieniu. Napięcie rośnie do granic możliwości, a wtedy...

Tego jeszcze nie było
Brzmi znajomo? Dość mocna inspiracja filmem High Noon sprawiła, że dostałem mocnego dysonansu poznawczego. Z ciekawości przejrzałem sobie stary western i zgadzała się nie tylko linia fabularna, ale też reakcje postaci, chociażby w momencie, gdy Alicia, słysząc pierwszy strzał, wybiega, by pomóc Tubbsowi. Nawet użycie motywu muzycznego w określony sposób się zgadzało. Niepokojące.

Podobieństw jest więcej - ale te raczej są humorystyczne. Gary Cooper, odtwórca głównej roli w High Noon miał podczas kręcenia bardzo umęczony wyraz twarzy ze względów czysto pozafilmowych - cierpiał na chorobę wrzodową. Tubbsowi też udało się uzyskać ten wyraz twarzy, a to dlatego, że wykonując brawurowy skok z balkonu upadł niefortunnie na nogę, która zaczęła go boleć.

Will Kane i Ricardo Tubbs szukają pomocy w kościele. Bezskutecznie.




Uderzające podobieństwo
Pomijając fakt tego, że reprodukcja sama w sobie jest słaba, to takie praktyki zasługują raczej na naganę, niż pochwałę. Oczywiście, ponowne sportretowanie historii High Noon jest oddaniem hołdu westernom, uwiecznieniem motywów, bla, bla, bla. Powinniśmy się zastanowić, czy tak w istocie jest? I czy prowadzi to do czegokolwiek?

Bo mnie na przykład zaprowadziło do pewnego pytania. Gdzie przebiega granica między swobodną, artystyczną interpretacją danego motywu, inspiracją, a plagiatem? Dlaczego twórca filmowy, który z dbałością o szczegóły przerabia stary western na jeden z odcinków o gliniarzach może być nazwany zręcznym twórcą, a pisarz, który bierze na warsztat jakiegoś mniej lub bardziej zapomnianego klasyka, jak np. Luna to surowa pani i umieszcza akcję utworu sto pięćdziesiąt lat później jest już plagiatorem?

Chyba się już nie dowiemy.

niedziela, 3 maja 2015

[Szaleni Naukowcy #4] 19-letni profesor-okultysta z renesansu - John Dee

Naukowiec, matematyk, dyplomata, nadworny mag, okultysta, wróżbita, astrolog, badacz wiedzy tajemnej o długiej, gęstej, siwej brodzie, z nosem zatkniętym w książkach, głowie pełnej wielkich idei i sercu, które kazało mu gnać w pędzie do wiedzy. Jeden z najbardziej wykształconych ludzi swojej epoki, który poświęcił się badaniom szarlatańskich sztuczek – magii i astrologii. Jaki był tego skutek? Zapraszam do lektury krótkiej historii Johna Dee, nadwornego angielskiego arcymaga.

Mechaniczny skarabeusz

Genialny Anglik urodził się w 1527 roku w rodzinie dworzan. Pierwsze kroki na ścieżce edukacji odbiły się dużym echem. Jego niezwykłe umiejętności zostały dostrzeżone i odpowiednio pielęgnowane. Pierwszy raz nazwano go magikiem po tym, jak przygotował efekty specjalne na potrzeby sztuki Pokój Arystofanesa – wpuścił na scenę mechanicznego skarabeusza, który sprawił, że wszystkim opadły szczęki aż do samej podłogi. Podobnie było z notablami. Ci postanowili go wynagrodzić.

Mając zaledwie 19 lat został jednym z założycieli Trinity College, uczelni, która do dzisiaj cieszy się opinią jednej z najlepszych na świecie. Wtedy też zakończył formalny proces edukacji wyższej, który nie miał dla niego nic więcej do zaoferowania i wzorem sławnych uczonych powziął wędrówkę po całej Europie. Zaprzyjaźnił się z największymi tytanami nauki swojego czasu – prekursorem nowoczesnej kartografii – Merkatorem, a także wybitnym matematykiem Cardano, z którym chciał stworzyć… perpetuum mobile.

Wtedy też objawiła się niezwykła przypadłość Johna Dee. Mimo że nie był zabobonny, zaczął interesować się naukami tajemnymi. Był młody, niezwykle pojętny i chłonny wiedzy. Lata mijały, a John Dee specjalizował się w coraz większej ilości dziedzin. Nie było uniwersytetów, które mogłyby mu cokolwiek zaoferować. Dlatego też w końcu zagłębił się w to, co nieprzeniknione, nieodgadnione a zarazem nieuchwytne. I przez to narobił sobie kłopotów.

Przeczytaj także: Kto wynalazł kamizelkę kuloodporną? Polak, Jan Szczepanik

       Wróżbita Janek

Już po przyjeździe do Anglii został aresztowany przez rycerzy Marii I Tudor, którzy znaleźli u niego horoskopy, jakie sporządził dla niej i Elżbiety, jej siostry. Co prawda odwoływanie się do sztuk tajemnych w nauce było wtedy na porządku dziennym i nikogo to nie dziwiło, sprawa okazała się poważniejsza. Zaczęło robić się gorąco, bo postawiono mu zarzuty o zdradę. Na szczęście John Dee obdarzony był złotym językiem i udało mu się wyjść z tego obronną ręką. Jak się później okaże, wstawiła się za nim jeszcze jedna osoba…

Po tym incydencie zaczął rozsądniej podchodzić do zagadnień tajemnych. Zajął się kolekcjonowaniem ksiąg. Chciał założyć bibliotekę z prawdziwego zdarzenia i z taką propozycją udał się do królowej Marii. Ta jednak nie była tym specjalnie zainteresowana. John Dee postanowił więc działać na własną rękę i rzeczoną bibliotekę umieścił w swoim własnym domu. Przez późniejsze lata swojego życia ciągle podejmował znojny trud odnajdywania, kupna i transportu woluminów do Anglii. Opłaciło mu się. Jego kolekcja szybko stała się największą w całej Anglii, co przyciągało do jego domostwa wielu znakomitych uczonych. 

       Ja tutaj tylko doradzam!

Trzy lata po procesie naukowca królowa Maria zmarła, a na tron wskoczyła jej siostra, Elżbieta. Okazało się wtedy, że Johna Dee przed więzieniem ocaliły nie tylko zdolności krasomówcze, ale także ukryte zamiłowania nowej królowej, dzięki której praktycznie uniknął więzienia. Młoda Elżbieta pasjonowała się okultyzmem i astrologią, a naturalną tego konsekwencją był fakt, że wraz z Johnem Dee stali się nierozłączni. Służył jej wiernie, za co dostał nieformalny tytuł doradcy księżniczki Elżbiety, a także stanął na czele komórki organizującej ekspansje Wielkiej Brytanii. Zaufanie Eli było jeszcze większe – poleciła wyznaczyć Johnowi termin jej koronacji! Oczywiście – w oparciu o gwiazdy. I może to w tym tkwiła tajemnica jej rządów – Elżbieta królowała Anglii przez 45 lat, dłużej, niż całe życie jej starszej siostry.

Szaleństwo na punkcie sztuk tajemnych nie było tylko powodowane ambicjami samego Dee, ale także swoje piętno odcisnęła znajomość z niejakim Kelleyem, który szybko stał się jego pomocnikiem. Ten naprawdę nazywał się Edward Talbott i w odróżnieniu od swojego mistrza był zwykłym oszustem i szarlatanem, który pod wiecznie naciągniętą czapką skrywał swoją największą hańbę – blizny po obciętych przez kata uszach. Była to kara za sfałszowanie dokumentów notarialnych. W czasie podróży z Johnem Dee wielokrotnie wciskał najbardziej wierutny kit wszystkim tym, którzy za pieniądze przyszli radzić się w tajemnych sprawach. Oszukiwał też swojego mistrza, czemu ten bezwiednie się przyglądał. 

      Duchy widzę, duchy!

Nic dziwnego więc, że John powoli odpływał. W 1564 roku napisał biblię okultystów – Monadę hieroglificzną, w której zawarł całą skarbnicę symboli matematycznych, kabalistycznych, magicznych czy astrologicznych. Później nadszedł czas na zaprezentowanie kryształowej kuli, która miała ukazywać wizje. Podróżował z nią po całej Europie, dając liczne pokazy. Jeden taki odbywał się w Polsce. John Dee poznał tam polskiego magnata, Olbrachta Łaskiego, którego przekonał, że umie rozmawiać z „archaniołami, aniołami i innymi duchami”. Ten był tak zafascynowany, że po europejskim tournée ‘Imperium Hiszpańskie – Rzeczpospolita Obojga Narodów z Johnem Dee’ postanowił sam pojechać do Anglii i skorzystać z usług wybitnego uczonego.

      URIELU, nie rób wiochy!

Dzisiaj w British Museum
Zadał mu wtedy trzy pytania – dwa o swoją przyszłość, a jedno o dalsze losy Stefana Batorego. John Dee wytrwale czekał na odpowiedź od anioła Uriela, ale ten chyba nie był w nastroju do przesłuchania, bo, jak twierdził sam zainteresowany Uriel, spłoszyła go Jane Dee, żona naukowca, która… wołała na obiad. Druga próba była bardziej owocna. John Dee przepowiedział przyszłość Łaskiemu i nic dziwnego, gdy okazało się, że Łaski miał stać się panem i władcą wszystkich okolicznych terenów. Magnat zapalił się do tego pomysłu i z radością rozpoczął proces importowania Johna Dee wraz z kompanem do Polski.

Ich domem po tym, jak opuścili Anglię, stał się Kraków. Podróżowali razem po Europie, ale to było pasmo klęsk. Największy blamaż ponieśli na terenie dzisiejszych Czech. Angielski magiczny sztukmistrz ogłosił wszem i wobec, że odnalazł recepturę przemieniania metalu w złoto, czym zaimponował Rudolfowi II. Ten zaprosił go do Pragi, ale ku zdziwieniu wszystkich seans się nie powiódł. (Słabo! Widocznie nie miał takiego talentu jak jego uczeń, Polak, Michał Sędziwój…)
John Dee okrył się hańbą i wrócił do Anglii. Sam, bo szarlatan Kelley oddał się hulaszczemu trybowi życia i został wzięty w niewolę, gdzie popełnił samobójstwo.

      Profesorska emerytura? Nic z tych rzeczy

Naukowca nie witano brawami. Nie było kwiatów, chleba ani soli, nie było także ojca, który przyjąłby syna marnotrawnego. Był za to zniszczony dom i rozgrabiona biblioteka. Cały dorobek jego życia został zniszczony. Na dodatek okazało się, że Anglia schyłku XVI wieku nie patrzyła już przychylnie na okultyzm. John Dee miał zrujnowaną reputację w ośrodkach akademickich, opuściła go rodzina i nie posiadał środków na utrzymanie. Kiedy już był bliski załamania, szczęście się do niego uśmiechnęło. Pomocną dłoń wyciągnęła do niego stara przyjaciółka – królowa Elżbieta, która otoczyła go opieką. Nie trwało to jednak długo. Po jej śmierci tron przejął Jakub I Stuart, który zupełnie nie interesował się tym, co miał do zaoferowania magik John Dee.

Wyproszony z królewskiego dworu zamieszkał wraz z córką, Katarzyną. W dniu śmierci miał 82 lata. Geniusz, ekscentryk, człowiek, który w imię nauki poświęcił wszystko, co tylko posiadał. Dzisiaj John Dee znany jest z dwóch rzeczy: ukucia terminu „Imperium Brytyjskie” i bycia autorem książek okultystycznych, mekki wszystkich wielbicieli pseudonauki. Mimo tych niechlubnych, czarnoksięskich epizodów należy oddać mu należne honory. Bo któż może wiedzieć, w którym miejscu znajdowałaby się dzisiejsza nauka, gdyby nie wpadł w sidła tajemnych, szarlatańskich sztuk?

Paweł Iwanina

czwartek, 30 kwietnia 2015

[PODCAST #2] O tym, jak Ford ciułał forsę - Człowiek, który zabił Liberty Valance'a (1962)

Mocny, męski, trzymający w napięciu. Człowiek, który zabił Libert Valance'a to jedno z najlepszych dzieł Johna Forda, mistrza gatunku. Po premierze wielu mu gratulowało, z wyjątkiem ekipy filmowej, która miała go serdecznie dość. Ford na planie był cholernie nieznośny - śmiał się i szydził z Wayne'a, podburzał tłum i przekręcał słowa Jamesa Stewarta.


Człowiek, który zabił Liberty Valance'a ma także jeden z fajniejszych motywów przewodnich. Linkuję na dole!

Jak zawsze pełen ciekawostek podcast Dziwny Dziki Zachód - do posłuchania już dzisiaj :-)







Motyw przewodni - jeden z moich top 10


Świetny Lee Marvin - zanim stał się "czarnym charakterem Hollywoodu"


Prawnik, który nie tykał broni i szeryf Wayne

wtorek, 14 października 2014

[Szaleni Naukowcy #3] To nie magia, to Szczepanik!

Jego wynalazek uratował życie króla Hiszpanii, Alfonsa XIII. Genialny umysł, tytan pracy, wynalazca, wizjoner, nazywany często polskim Edisonem*, Da Vinci z Galicji, galicyjskim geniuszem, a przy okazji szeroko znany na świecie – bohater dwóch opowiadań Marka Twaina. Kim był ten wspaniały, lecz dziś już zupełnie zapomniany, polski naukowiec?

Jasło. Koniec XIX wieku. Grupka zdziwionych dzieci wgapia swój wzrok w tego dziwnego nauczyciela, który już od kilku minut stoi do nich plecami i zapisuje całą tablicę, kawałek po kawałku, mrucząc coś niezrozumiale do siebie. Wymieniają między sobą urywane szepty i wiercą się nerwowo na krzesłach. Szczepanik znowu pogrążył się w myślach, a lekcja leci. No nic, jeszcze tylko kilka minut do końca.

Jan Szczepanik to zdecydowanie najbardziej utalentowany polski wynalazca i naukowiec. Urodzony w Rudnikach, lecz do aż po kraniec życia pałał niewymowną miłością do Tarnowa, gdzie osiedliłsię ze swoją ukochaną żoną, Wandą. W szkole stał się tym uczniem, którego nauczyciele określają mianem „zdolny, ale leniwy” – i jakże się mylą! Szczepanik był gigantem z fizyki i matematyki, ale szkoły nie ukończył, bo odstawał w grece. Przedarł się jednak wytrwale przez stopnie edukacji i zaszedł tak daleko, że został nauczycielem. To właśnie tam po raz pierwszy objawiły się jego ciągotki twórcze. Wzorem ludzi wybitnie inteligentnych, potrafił dumać przez połowę lekcji przy tablicy, zupełnie zapominając, gdzie się znajduje. Zwrócony tyłem do uczniów planował i wymyślał. I w końcu wymyślił.

Lecz dopiero w Krakowie pozyskał niezbędne fundusze. Zrobił z nich dobry użytek – usprawnił pracę tysiącom tkaczy na całym świecie. Do produkcji gobelinów i dywanów ze skomplikowanymi wzorami potrzebowano bowiem patronów – specjalnych wzorów, dzięki którym wiadomo było, że trzeba przewlec dwa razy przez tę, a trzy razy przez tamtą dziurę. Wcześniej robiono to manualnie – ale to była pestka dla Szczepanika. Dzięki jego wynalazkowi, można było przenosić obrazek prosto na patron – wystarczyło kilka przesunięć wajchy, mały błysk i już! Ale to było za mało dla Szczepanika. Jego elektromagnesy zaczęły wykonywać całą tkacką pracę za ludzi. Ci musieli tylko nadzorować cały proces. Praca, która zajmowała miesiąc, zrobiona w godzinę. To nie magia, to Szczepanik!

Przeczytaj także: Największe jaja średniowiecznej nauki - Michał Sędziwój

W tym czasie też przyjechał do niego Mark Twain. Chciał kupić patenty Polaka na maszynę tkacką, ale ten się nie zgodził. Szczepanik obdarował go jednak dywanem. Jak wiadomo, nie musiał na niego długo czekać. Twain jednak był kontent na tyle, że poświęcił mu kilka szpalt, dzięki czemu i za oceanem usłyszano o Szczepaniku.

Mógł się poświęcić tkactwu i żyć dostatnie aż do końca swoich dni. Ale wtedy nie nazywałby się Szczepanik! W czasach, gdy Marconi, uważany dziś za wynalazcę radia, majstrował przy swoich falach i cieszył się, gdy mógł sobie swobodnie powymieniać słowa euforii na odległość, Szczepanik nie zawracał sobie głowy takimi drobnostkami. Bo i po co tylko rozmawiać, skoro można podziwiać obrazy? Tak, Szczepanik wymyślił telewizję. W zasadzie wszystko, co dzisiaj rozumiemy przez telewizję – obraz miał dźwięk i był, uwaga – k o l o r o w y. Wynalazek, nazwany  jednak był zbyt skomplikowany w obsłudze, kosztowny i jak na tamte lata, nieprzydatny. Biorąc pod uwagę, że pierwsza transmisja TV była dopiero 30 lat później, robi to wrażenie. To nie magia, to Szczepanik!

Kilka lat później Wiedeń obiegła szokująca informacja, przekazywana z ust do ust, na których kwitł sardoniczny, pełen ironii uśmiech. Że niby ten szalony Szczepanik wymyślił materiał, który zatrzymuje kule? Bzdura! A słyszeliście, że chce strzelić w swojego służącego, by to udowodnić? Nie rozśmieszaj mnie! Ale, co mi tam, pójdę – na pewno będzie ciekawie!

I jakie było zdziwienie, gdy to wszystko okazało się prawdą! Szczepanik był twórcą jednej z pierwszych kamizelek kuloodpornych. Wypróbował ją w Wiedniu. Tam właśnie klatka piersiowa jego służącego przetrwała wystrzał z rewolweru z odległości trzech kroków. Ważyła zaledwie 900 gram! Najlepsze miało jednak nadejść.

Przenieśmy się zatem trochę na zachód, do Hiszpanii. Niestabilnej politycznie, podzielonej Hiszpanii. Szesnastoletni, świeżo upieczony król, Alfons XIII jechał powozem przez Madryt i wyglądał ukradkiem na tłum, którego jedna połowa go uwielbiała, a druga chciała się go pozbyć wszelkim kosztem. W pewnej chwili wszyscy, jak jeden mąż, zamarli. Usłyszeli bowiem huk wystrzału i zobaczyli eksplozję, która targnęła powozem króla. W panice rozpierzchli się na wszystkie strony, lecz jakie musiało być ich zdziwienie, gdy król wyszedł o własnych siłach, i to jeszcze niedraśnięty! A wszystko to za sprawą Da Vinci z Galicji, ten bowiem obszył wnętrze powozu swoim kuloodpornym materiałem. Później dostał za to najwyższe hiszpańskie odznaczenie państwowe. To nie magia, to Szczepanik!

Znany i lubiany był w całej Europie, lecz to w Tarnowie uważany był za prawdziwą legendę. W dniu jego ślubu wszystko było zamknięte, a ulice świeciły pustkami. Tylko załoga piekarzy od samego rana uwijała się, by zdążyć na czas z produkcją ciastek, szczepaników. To był jeden z tych dni, które później wspomina się z rozrzewnieniem, a każde zdanie poprzedzone jest głębokim westchnięciem. Do kościoła zjechali się wszyscy oficjele, urzędnicy, naukowcy i inżynierowie, a także okoliczna ludność – wszyscy chcieli wspólnie ze Szczepanikiem celebrować ten najważniejszy moment w jego życiu. To była sensacja! Szczepanik, nasz człowiek, tutaj, z Tarnowa, te, co tyle krajów zwiedził, co medal od cara nie przyjął, Polak, patriota co nam dzieci uczył, cośmy go rano widzieli, jak śniadanie jadł, żywy, ślub bierze! Tutaj, na polskiej ziemi! To nasz jest wynalazca, nasz Szczepanik i my tego Szczepanika nikomu nie oddamy!

*Chociaż to Edisona powinni nazywać amerykańskim Szczepanikiem. Nie każdy jednak wynalazca opanował trudną sztukę kreowania własnego wizerunku.

Więcej o szalonych naukowcach już w #10 numerze Coś na Progu!

czwartek, 9 października 2014

[Szaleni Naukowcy #2] Fryderyku, ty chory sadysto!

Fryderyk II, nosiciel miana Antychrysta, jedna z ciekawszych postaci swojej epoki, miał swój ciemny sekret. Lubował się w eksperymentach na ludziach. Rozpruwanie, zabijanie, zniewalanie i doświadczenia na dzieciach było dla niego chlebem codziennym. Ale bez przesady. Nie był aż taki zły. Albo był? Przekonajcie się sami!  

W powszechnym rozumowaniu średniowiecze jawi się jako epoka ciemna, pozbawiona zdobyczy nauki, kojarząca się raczej z plebsem, który palił na stosie wszystko, co wydawało się naukowe, czy „magiczne”. Nic bardziej mylnego!
 
Z pomocą ku obalaniu tego mitu przychodzi Fryderyk II. Był jednym z najlepiej wykształconych ludzi swej epoki - przetłumaczył i zebrał dzieła samego Arystotelesa! Fryderyk interesował się różnymi dziedzinami nauki do tego stopnia, że postanowił przeprowadzić pewne doświadczenie, które później zostanie nazwane Zakazanym Eksperymentem, a że cesarzowi się nie odmawia, miał praktycznie wolną rękę.

Władca chciał w końcu rozstrzygnąć kwestię tego, jakim językiem posługiwano się w Edenie. Logika była słuszna – Adam i Ewa nie mogli przecież nauczyć się języka od swoich rodziców. W tym celu zabrał kilka nowo narodzonych dzieci i zrobił coś... nie do końca normalnego. Nakazał wychować je w całkowitej izolacji od języka. Opiekunkom nie wolno było pod żadnym pozorem rozmawiać, odzywać się ani wydawać jakichkolwiek dźwięków przy obecności dzieci.

Fryderyk wierzył że w ten sposób zaczną one przemawiać w pierwotnym języku. Zakładano, że będzie to łacina, hebrajski, arabski, greka, lub język rodziców dzieci, język bowiem, wedle ówczesnej hipotezy, mógł być przekazywany poprzez geny.

Wynik tego eksperymentu z dzisiejszego punktu widzenia był do przewidzenia. Nie przebiegł pomyślnie ani dla cesarza, ani dla dzieci. Te bowiem miały być pokrzywdzone już do końca swoich dni. W ciągu długich lat wykształciły swój własny język, złożony z systemu klaśnięć, chrząknięć, grymasów i min.

Zobacz także: Polak, który posiadał kamień filozoficzny

Podobny eksperyment przeprowadził islamski władca ludu północnych Indii - Mogołów, Akbar I. Ten doszedł do podobnego wniosku co Fryderyk. Sytuacja nie jest jednak taka prosta – Jakub IV, król Szkocji twierdził, że zrobił taki sam eksperyment i że jego badani mówili płynnym hebrajskim.

Sadyzmu okres główny

Lecz to nie koniec wyczynów Fryderyka. Jak tylko się dowiedział, że dzieci jednak nie mówią, zakasał rękawy i poszedł walczyć o swój przyszły splendor. Co wam przychodzi na myśl, kiedy myślicie o beczce? Z pewnością nie to samo, co naszemu bohaterowi. Ten bowiem postawił włożyć do niej skazańca, a rzeczoną beczkę szczelnie obić dodatkową warstwą desek tak, aby nie było tam najmniejszej szczeliny. Potem kazał wyjąć z niej korek blokujący dopływ powietrza i zabić skazańca. A potem czekał. Czekał. A gdy nic się nie stało, machnął ręką i westchnął z powątpiewaniem. Kolejny nieudany eksperyment. Fryderyk II bowiem chciał się przekonać, czy przez otwór w beczce widać będzie... ulatującą duszę zabitego skazańca.

Moglibyśmy jeszcze złożyć te eksperymenty na karb zwykłej ludzkiej ciekawości - jednak ten, o którym zaraz przeczytacie, skreśla go w przedbiegach. Fryderyk miał szerokie zainteresowania - od tego, co dziś zwiemy lingwistyką, ornitologią, metafizyką a nawet... trawieniem. Pewnego dnia postanowił nakarmić dwóch poddanych tym samym jedzeniem. Jednego wysłał na polowanie, a drugiemu kazał pójść spać. Gdy pierwszy wrócił, kazał obydwu rozpruć brzuchy i wypatroszyć, by sprawdzić, który z nich szybciej i sprawniej przetrawił swoją potrawę. A wszystko to w imię... no właśnie, czego?

Więcej o szalonych naukowcach już w #10 numerze Coś na Progu!

niedziela, 28 września 2014

[PODCAST #1]: Piraci z karaibów na Dzikim Zachodzie - Jeździec znikąd (2013)

Pierwszy odcinek podcastu "Dziwny dziki zachód" poświęconego tajemnicom dzikiego zachodu, westernowi, coltom i ostrogom.

Znajdziecie tutaj wszystko, co musicie wiedzieć o dzikim zachodzie.

W tym odcinku opowiadam o tym, dlaczego "Jeździec znikąd" uznawany jest za "Piratów z karaibów na dzikim zachodzie", który rok był najgorszym pod względem westernu, a także skąd wszyscy znamy uwerturę Williama Tella.