sobota, 6 czerwca 2015

Westernowy plagiat na Karaibach

Nadrabiając ważny element (pop)kultury, jakim w latach 80. było Miami Vice zauważyłem pewną rzecz, która nie dała mi spokoju. Sposób przedstawienia postaci, ich związki między sobą i akcja odcinka ciągle coś mi przypominały. Nawet samo użycie głównego motywu muzycznego chodziło mi po głowie. Ale w końcu mnie olśniło. Odcinek The Afternoon Plane to żywcem wyjęta fabuła z genialnego westernu High Noon z 1952 roku. Plagiat czy inspiracja?

Ricardo Tubbs, jeden z dwójki głównych bohaterów, na co dzień detektyw policji w Miami wygrywa los na loterii, który gwarantuje mu upojny weekend na jednej z karaibskich wysepek. Leci tam wraz ze swoją dziewczyną, Alicią. Na miejscu okazuje się, że urocza wysepka jest wymierającym miasteczkiem, w którym władzę trzyma Calderone, kuzyn śmiertelnego, martwego już wroga Tubbsa. Próbują uciec z wyspy, ale nikt nie chce z nimi współpracować. Samolot przyjeżdża tylko raz na dobę, a najbliższym leci sam Calderone. Tubbs zmęczony ciągłym uciekaniem postanawia stawić czoła swojego wrogowi. Chce, by Alicia poleciała do Miami pierwszym samolotem. Po krótkiej rozmowie ta z niechęcią przystaje.

Finalny pojedynek
I teraz zaczyna się najlepsza część! Tubbs próbuje znaleźć sojuszników do walki z Calderone, ale nikt nie chce nadstawić za niego karku. Próbuje w kościele, próbuje w marinie - wszystko na próżno. Jedyną osobą, która chce mu pomóc jest... zastępca lokalnego szeryfa, niezbyt rozgarnięty chłopak, który szybko, podczas pierwszej konfrontacji, umiera.
Tubbs zdobywa broń. Za chwilę nastąpi konfrontacja. Kamera pokazuje kilka martwych planów i równie martwych twarzy, zastygłych w skupieniu. Napięcie rośnie do granic możliwości, a wtedy...

Tego jeszcze nie było
Brzmi znajomo? Dość mocna inspiracja filmem High Noon sprawiła, że dostałem mocnego dysonansu poznawczego. Z ciekawości przejrzałem sobie stary western i zgadzała się nie tylko linia fabularna, ale też reakcje postaci, chociażby w momencie, gdy Alicia, słysząc pierwszy strzał, wybiega, by pomóc Tubbsowi. Nawet użycie motywu muzycznego w określony sposób się zgadzało. Niepokojące.

Podobieństw jest więcej - ale te raczej są humorystyczne. Gary Cooper, odtwórca głównej roli w High Noon miał podczas kręcenia bardzo umęczony wyraz twarzy ze względów czysto pozafilmowych - cierpiał na chorobę wrzodową. Tubbsowi też udało się uzyskać ten wyraz twarzy, a to dlatego, że wykonując brawurowy skok z balkonu upadł niefortunnie na nogę, która zaczęła go boleć.

Will Kane i Ricardo Tubbs szukają pomocy w kościele. Bezskutecznie.




Uderzające podobieństwo
Pomijając fakt tego, że reprodukcja sama w sobie jest słaba, to takie praktyki zasługują raczej na naganę, niż pochwałę. Oczywiście, ponowne sportretowanie historii High Noon jest oddaniem hołdu westernom, uwiecznieniem motywów, bla, bla, bla. Powinniśmy się zastanowić, czy tak w istocie jest? I czy prowadzi to do czegokolwiek?

Bo mnie na przykład zaprowadziło do pewnego pytania. Gdzie przebiega granica między swobodną, artystyczną interpretacją danego motywu, inspiracją, a plagiatem? Dlaczego twórca filmowy, który z dbałością o szczegóły przerabia stary western na jeden z odcinków o gliniarzach może być nazwany zręcznym twórcą, a pisarz, który bierze na warsztat jakiegoś mniej lub bardziej zapomnianego klasyka, jak np. Luna to surowa pani i umieszcza akcję utworu sto pięćdziesiąt lat później jest już plagiatorem?

Chyba się już nie dowiemy.

0 komentarze:

Prześlij komentarz